Rynek IT dojrzewa. Korporacje ustępują miejsca młodym firmom


Paweł Szygulski - 22 mar 2020 6:00


- Za zakładanie start-upów czy własnych firm powinni się brać ludzie po 35. roku życia. A najlepiej po 40. Wtedy już zazwyczaj mają odłożone jakieś pieniądze, nawiązane kontakty i posiadają określone doświadczenie, tak biznesowe, jak i życiowe - twierdzi w rozmowie z serwisem PulsHR.pl Konrad Weiske, prezes i założyciel polskiego software house'u Spyrosoft.

Na konferencji EEC Trends w Warszawie redakcja WNP.PL i Nowego Przemysłu wyróżniła nagrodą WNP Award polskie software house’y. W ten sposób doceniła młode, dynamiczne przedsiębiorstwa tworzące oprogramowanie w ścisłej współpracy z klientem. Dlaczego w Polsce z powodzeniem rozwijają się właśnie takie firmy? Jedną z nich jest Spyrosoft?

- Nagrodę WNP Award odebrał w imieniu branży Bartosz Majewski, prezes Organizacji Pracodawców Usług IT SoDA. Ja z kolei jestem jej wiceprezesem, bo razem założyliśmy tę organizację, więc to wyróżnienie jest mi bardzo bliskie.

A skąd sukces? Wiadomo, że w każdym biznesie musi być popyt i podaż. W przypadku usług IT popyt niewątpliwie istnieje. Warto się więc zastanowić, jak go zaspokoić. W ostatnich latach bardzo popularna była praca programistów w międzynarodowych korporacjach. Choć zatrudniają wciąż około 70-80. proc. pracowników IT, to jednak już dziś można powiedzieć, że jako pracodawcy tracą na atrakcyjności. Pojawiają się za to mniejsze rodzime firmy, które szybko rosną.

Czytaj także: Sądne dni dla pracowników prężnej branży. Wszystko przez koronawirusa

Polski rynek IT dojrzewa. Ważną rolę odegrały tu zagraniczne korporacje, które go rozwinęły i zaoferowały ludziom nowe doświadczenia. Praca dla korporacji stanowiła wręcz swego rodzaju nobilitację. Teraz to się zmienia, ludzie odchodzą, uruchamiają własne przedsiębiorstwa i pociągają za sobą innych, bo oferują pracownikom większą elastyczność, samodzielność i poczucie posiadania wpływu na projekt. Ludzie chcą do nas przychodzić z korporacji, bo widzą, że będą mieli więcej do powiedzenia.

Konrad Weiske założył Spyrosoft w 2016 roku (fot. mat. pras.) Konrad Weiske założył Spyrosoft w 2016 roku (fot. mat. pras.)

A wszystko to jest możliwe także dzięki temu, że nie potrzebujemy już tak bardzo jak kiedyś zachodniej myśli technicznej i zachodnich procesów. Jesteśmy w stanie oferować usługi na światowym poziomie.

Czytaj również: Polska firma programistyczna chce niemal podwoić zatrudnienie

W przypadku software house’ów decyzja o przejściu na swoje jest jeszcze o tyle prostsza, że bariery wejścia na rynek są stosunkowo niskie. Nie trzeba budować hal produkcyjnych, kupować maszyn
i gruntów. Wystarczą odpowiedni ludzie i już można działać. Nawet jeśli się nie uda, to można zawsze wrócić do poprzedniej pracy, co generalnie w branży IT nie jest niczym nadzwyczajnym.

Pan sam pracował kiedyś dla korporacji. Czy pomysł uruchomienia własnej działalności towarzyszył panu zawsze, czy też przyszedł w jakimś określonym momencie?

- Myśl o uruchomieniu własnej firmy towarzyszyła mi od dłuższego czasu. Pracowałem zresztą nie tylko w korporacjach, ale także w mniejszych polskich firmach. Miałem więc okazję przyjrzeć się, jak robi się biznes zarówno w dużej, jak i małej firmie. W końcu pojawiło się mocne przekonanie, że mając konkretną wiedzę i doświadczenie czas założyć i rozwinąć własną firmę.

Generalnie uważam, że za zakładanie start-upów czy własnych firm powinni się brać ludzie po 35. roku życia. A najlepiej po 40. Wtedy już zazwyczaj mają odłożone jakieś pieniądze, nawiązane kontakty i posiadają określone doświadczenie, tak biznesowe, jak i życiowe. Są po pierwszych porażkach, więc prawdopodobnie nie załamią się, gdy przyjdzie jakaś kolejna.

W takim razie jak pan przekłada swoje doświadczenia na działalność firm? Jaki jest pana przepis na sukces, na pozyskiwanie klientów?

- Po pierwsze, sporą część naszych klientów stanowią ludzie, z którymi już wcześniej miałem do czynienia ja lub moi współpracownicy. Dzięki wcześniejszym doświadczeniom mają nas za wiarygodnych partnerów, a wiarygodność jest niezwykle cenna, zwłaszcza w sytuacji, gdy w Polsce mamy setki czy nawet tysiące software house’ów, a w naszej części Europy już pewnie dziesiątki tysięcy.

Spyrosoft bazuje jednak na czymś więcej. Jesteśmy tak naprawdę jedną z niewielu firm IT, która łączy systemy wbudowane z systemami typu enterprise. Nie ograniczamy się do wyższych warstw programowania, jak aplikacje mobilne czy systemy dostępne przez strony internetowe. Potrafimy zejść do poziomu sprzętowego, dzięki czemu jesteśmy np. aktywni w branży automotive i rozwiązaniach dla Przemysłu 4.0. To w gruncie rzeczy dość unikalna kompetencja. W samym Wrocławiu, w którym firm IT nie brakuje, są może cztery przedsiębiorstwa, które się tym zajmują.

Pomaga nam też podział firmy na jednostki organizacyjne, odpowiadające poszczególnym branżom,
w których działamy. Szefami tych komórek są osoby z doświadczeniem, które dobrze te segmenty znają. Podobnie jak potrzeby klientów. Wiedzą także, jak z nimi rozmawiać. Klient potrzebuje bowiem odpowiedniej konsultacji, doprecyzowania pomysłu, dobrania odpowiedniej technologii, a następnie realizacji i odpowiedniego utrzymania. Bez takiego konsultingu nie zdecyduje się na współpracę. My jesteśmy w stanie odpowiednio doradzić, co powinien zrobić, a czego unikać i to właśnie buduje naszą przewagę konkurencyjną.

Czy wejście w zagadnienia związane z Przemysłem 4.0 wzięło się u pana z wcześniejszych doświadczeń zawodowych?

- Tak, zajmowałem się już tym wcześniej, ale takich osób jest w Spyrosoft więcej. Postanowiliśmy wykorzystać doświadczenie, bo w tej działce jest to niezwykle cenne. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy oferują np. koparki czy frezarki do asfaltu. Zrozumiałe jest więc, że niespecjalnie są zainteresowani skomplikowanymi zagadnieniami z branży IT. Oczekują od nas zrozumiałego języka. Tak samo w drugą stronę; denerwują się, gdy są pytani o rzeczy, które wydają im się oczywiste. Mając jednak już doświadczenie we współpracy z ich branżą, jesteśmy w stanie zapewnić satysfakcjonującą obie strony komunikację.

Poza tym postanowiliśmy ustanowić w naszej firmie CTO, czyli dyrektora do spraw technologii. To nie jest popularna instytucja w podobnych do naszej organizacjach, ale dzięki niej dbamy o to, by w dłuższym okresie wytwarzać własność intelektualną, którą będziemy licencjonowali naszym klientom.

Rynek się zmienia. Projekty stają się mniej rozbudowane i krócej trwają, wykorzystują natomiast coraz bardziej zaawansowane technologie. Budowa i rozwój firmy w oparciu o tworzenie własności intelektualnej na eksport wkrótce osiągnie granice swoich możliwości, m.in. za sprawą postępu technologicznego. Trzeba więc dążyć do tego, by móc sprzedawać nie tylko kompletne produkty, ale przynajmniej ich komponenty, które można licencjonować. Spore środki zatem przeznaczamy na prace badawczo-rozwojowe.

Czyli wyobraża pan sobie w przyszłości swoją firmę jako coś więcej niż software house? Spyrosoft będzie się rozwijać w stronę produktową?

- Absolutnie tak. Tworzenie własnych komponentów jest częścią długofalowej strategii, którą musimy realizować, bo rynek pójdzie w tym kierunku.

Poza tym rozwijamy też już jednostkę organizacyjną, która zajmuje się migracją do chmury
i utrzymaniem w chmurze. Dzięki temu jesteśmy w stanie pozyskiwać długotrwałe kontrakty, które zapewniają stabilny cashflow.

Macie biura w różnych miastach Polski, a także za granicą. Jakie ma to dla was znaczenie?

- Firma powstała we Wrocławiu, ale tak naprawdę staramy się prowadzić ją w modelu rozproszonym, zdecentralizowanym. To daje tę korzyść, że na różnych rynkach możemy być cały czas blisko klienta.

Oczywiście wysoka dostępność specjalistów IT w Europie Środkowo-wschodniej sprawia, że tu będziemy cały czas mocno obecni, ale naszym celem jest zwiększanie zaangażowania w innych regionach. Dziś mamy za granicą około 5 proc. pracowników, ale w ciągu dwóch lat odsetek ten może wzrosnąć dwukrotnie.

A ilu pracowników ma Spyrosoft obecnie?

- Blisko 500. Choć nie mówiłbym tu o stricte pracownikach, co o ludziach, którzy z nami współpracują.

28 lutego zadebiutowaliście na rynku NewConnect. Wcześniej 1 proc. akcji zaoferowaliście pracownikom. Jakie efekty to przyniosło?

- Na początku 2019 roku zaoferowaliśmy pracownikom akcje po preferencyjnej cenie. Skorzystało
z tego około 150 osób. Liczbę akcji, które można było nabyć, uzależniliśmy od stażu pracy. Co ważne, udziały mogli też kupować pracownicy spółek zależnych, jak chociażby Spyrosoft Solutions i GOD Nearshore SE.

Skoro już jesteśmy przy spółkach zależnych, to czy Spyrosoft bierze pod uwagę rozwój poprzez przejęcia innych firm?

- Nie wykluczamy takiej możliwości, niemniej jednak obecnie na pewno skupiamy się przede wszystkim na rozwoju organicznym.

Czy myślicie o wejściu na główny parkiet warszawskiej giełdy?

- Wejściem na NewConnect powiedzieliśmy „a”. Nie wykluczam, że w miarę upływu czasu i rozwoju firmy być może powiemy też „b”. Dziś jest za wcześnie, żeby mówić o datach, ale rozpoczęliśmy właśnie drogę, którą chcemy dalej podążać.

Jak każda firma IT sporą część usług eksportujecie. Jaki jest udział przychodów z tego kierunku?

- W 2019 roku było to około 70 proc. Główną rolę odgrywają tu Niemcy, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.

Skoro Wielka Brytania jest tak ważna, to czy nie boicie się brexitu? Formalnie się już odbył, ale tak naprawdę dopiero w tym roku mają zostać ustalone nowe zasady dla relacji unijno-brytyjskich.

- Wolałbym, żeby brexitu w ogóle nie było, bo w niczym nam to na pewno nie pomoże. Stanowi dodatkowa komplikację, choć niespecjalnie dużą. Po prostu część firm wstrzymuje się
z inwestowaniem, żeby zobaczyć, jakie będą nowe zasady. Przez to mniej inwestują też w software. Niemniej jednak, taki stan nie może trwać wiecznie, bo ich światowa konkurencja nie śpi.

Brexitu na pewno jednak nie musimy się bać. Eksportujemy usługi, które raczej nie staną się przedmiotem jakichkolwiek ceł. Tak naprawdę z większą uwagą śledzimy postęp technologiczny, który szybko następuje i  trzeba umieć go wykorzystać.

A co dla pana oznacza upowszechnianie rozwiązań Przemysłu 4.0?

- Przemysł 4.0 to pojęcie de facto ukute przez Niemców na potrzeby niemieckiej gospodarki. Jest on tak naprawdę częścią szerszej transformacji cyfrowej.

Właściwie cała digitalizacja służy temu, żeby wszystko było usługą. Przykładowo mamy producenta wiertarek, który musi sprzedać usługę do wiertarki. Dla takich przedsiębiorców jest to gigantyczny skok na nieznane terytorium, który wymaga software'u. Nie da się robić nowoczesnej usługi bez oprogramowania. I o ile niektóre duże firmy już dawno temu zaczęły to robić, to jest wiele podmiotów średniej wielkości, które produkują np. drzwi czy okna i są dopiero na początku tej drogi. Zmuszeni są do podejmowania szybkich działań i dla nas jest to oczywiście bardzo obiecujący rynek.

W takim razie duży potencjał jest dla was w Polsce, bo takich średnich firm tu nie brakuje.

- Jeżeli miałbym porównać polskie firmy np. do niemieckich producentów dóbr, niekoniecznie mocno zinformatyzowanych, to świadomość w Polsce wcale nie jest gorsza. To nie jest tak, że w Polsce firmy nie słyszały, co to jest transformacja cyfrowa, a w Niemczech już wszyscy to wiedzą. Poziom wiedzy jest mniej więcej ten sam, tylko firmy zachodnie mają o wiele więcej pieniędzy na tego typu przedsięwzięcia.

Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że polskie firmy szybciej podejmują decyzje, bardziej chciałyby się cyfryzować, ale są biedniejsze, bo Polska jest biedniejszym krajem i to ich powstrzymuje. Dobra wiadomość jest jednak taka, że usługa transformacji cyfrowej staje się coraz tańsza. Choć cena godziny pracy programisty idzie w górę, to jednocześnie programistów potrzeba dużo mniej niż np. 10 lat temu. Pięć osób, pół roku i możemy zrobić transformację cyfrową firmy. Kiedyś to kosztowało dziesiątki milionów złotych, a teraz mówimy już tylko o kilku milionach.

Polska jest uboższa niż kraje zachodnie, ale programiści czują to coraz mniej, bo ich wynagrodzenia wyraźnie w ostatnim czasie wzrosły. Czy problemem nie jest w takim razie ich rekrutacja? Tym bardziej, że musicie konkurować na rynku.

- Rekrutacja nie jest tak dużym problemem, jak to było jeszcze dwa lata temu. Pracownicy mają dziś większą świadomość, że polskie firmy są miejscami, gdzie robi się ciekawe projekty, docenia się ich pracę oraz w których mają większy wpływ na rzeczywistość. To są te czynniki, które przyciągają ludzi.

Poza tym, tak naprawdę, w ciągu ostatnich pięciu lat, nie było widać zagranicznych koncernów, które otworzyłyby swoje oddziały w Polsce, robiły software development i prowadziły rekrutację powyżej tysiąca osób. Są firmy obecne tu od lat, które stale kogoś zatrudniają, ale to nie są wielkie ruchy. Za to wykształconych specjalistów ciągle przybywa.

W Spyrosoft mamy model, który zakłada, że rekrutujemy ludzi do firmy, a nie na projekt. Staramy się więc robić tak, że w każdym miesiącu mamy osoby, które mogą rozpocząć nowy projekt.

Takie proaktywne zatrudnianie nam pomaga, choć zdarzają się sytuacje, w których np. klientowi tak się spieszy, że chwilowo pracowników może brakować. Tu pomaga współpraca właśnie w ramach wspomnianej już Organizacji Pracodawców Usług IT SoDA. W praktyce możemy bowiem zlecić jakieś zadanie kolegom z organizacji czy poprosić, żeby nam niejako „udostępnili” pracowników.

I to się sprawdza? Przecież to wasza konkurencja?

- Tak, to jest pewien ewenement. Bo choć oferujemy podobne usługi i jesteśmy formalnie konkurencją, to przez 99 proc. czasu pracy współpracujemy, a tylko 1 proc. przypada faktycznie na konkurowanie. Ta wspólnota, którą budujemy i która się świetnie rozwija, bardzo pomaga wszystkim firmom do niej należącej.

Realizujemy np. wspólne projekty z firmami, z którymi jednocześnie rywalizujemy o innych klientów. Nam to jednak nie przeszkadza. Konkurencja zawsze będzie na rynku, ale nie widzimy powodu dla którego mamy się nie lubić. SoDA zapewnia więc taką współpracę. To jest świetna sprawa, którą każdemu polecam.



www.pulshr.pl | 04-04-2020 18:16:55