Płaca minimalna na poziomie 3 tys. zł. To możliwe


Bogdan Bugdalski - 25 lut 2020 6:00


Obecne minimalne wynagrodzenie wynosi 49,7 proc. prognozowanej na 2020 średniej płacy krajowej, czyli pod tym względem dochodzimy do standardów, które wyznaczyła Rada Europy w ramach interpretacji Europejskiej Karty Społecznej. Mówią one, że płaca minimalna powinna oscylować wokół połowy płacy średniej w kraju. Chcielibyśmy tę relację utrzymać, więc jeśli średnia krajowa będzie rosła, to wynagrodzenie minimalne również wzrośnie i tym samym wyniesie około 3 tys. zł – zapowiada Stanisław Szwed, sekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Rozmowa ze Stanisławem Szwedem, sekretarzem stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Na koniec 2019 r. stopa bezrobocia w Polsce wynosiła 5,2 proc., teraz mamy 5,5 proc. Czy są powody do obaw?

Absolutnie nie, wzrost ten był przez nas przewidywany, i co ważne, ma charakter przejściowy. Styczeń to najtrudniejszy okres, jeśli chodzi o rynek pracy, bo nie jest prowadzonych dużo prac sezonowych – o ile w grudniu ten wpływ ograniczenia prac w budownictwie czy rolnictwie jest łagodzony przez wzmożony popyt na prace w handlu i usługach związanych z okresem świąteczno-noworocznym (np. gastronomia, hotelarstwo), to w styczniu i lutym nie ma takich czynników popytowych. Styczeń jest też miesiącem, kiedy przygotowywany jest budżet państwa i w tym okresie wydajemy mniej środków z Funduszu Pracy. Nie ma też jeszcze środków na przeciwdziałanie bezrobociu, które wysyłamy do urzędów pracy. Ten rok będzie pod tym względem o tyle trudniejszy, że ustawa budżetowa ze względu na wybory będzie przyjęta prawdopodobnie dopiero w marcu. W liczbach bezwzględnych jesteśmy cały czas poniżej 1 mln osób bez pracy.

Dokładnie 866 tys. zarejestrowanych bezrobotnych, z czego 360 tys. to osoby będące trwale na bezrobociu.

To są osoby pozostające bez pracy od ponad 12 miesięcy. Już w poprzednich latach i w obecnej perspektywie finansowania kierujemy środki przede wszystkim do ludzi młodych i długotrwale bezrobotnych, których jest najwięcej i najtrudniej jest ich przekonać do podjęcia pracy. Staramy się trafiać też do osób powyżej 50. roku życia. Dzięki podejmowanym działaniom liczba zarejestrowanych bezrobotnych we wszystkich tych grupach z roku na rok jest coraz niższa.

Czy ministerstwo ma jakiś nowy pomysł na aktywizację tych osób? Być może obecne działania po prostu nie są trafione?

Nie można tego tak określić. W 2019 r. zaktywizowano prawie 290 tys. osób, z czego 25 proc. stanowiły osoby długotrwale bezrobotne – to dobry wynik, ponieważ tę grupę jest najtrudniej zaktywizować. Te osoby trudno przekonać, że praca to wartość dodana. Wyzwaniem jest dla nas również docieranie do osób biernych zawodowo.

Przy tak dużych potrzebach rynku pracy mamy w Polsce prawie 7 mln osób, które nie garną się do pracy. Jaki macie pomysł, by trafić przynajmniej do części z nich?

To problem całej gospodarki. Nie wszyscy uchylają się też od pracy - część tych osób pracuje w szarej strefie, część za granicą, stąd bardzo często w miejscowościach, w których mamy relatywnie wysokie bezrobocie – w województwach zachodniopomorskim, lubuskim czy warmińsko-mazurskim – sytuacja mieszkańców nie jest tak zła, jakby można było sobie wyobrażać. Nawet w Szydłowcu (woj. mazowieckie), który od lat bije rekordy bezrobocia, nie ma tragedii. Okazuje się, że miasto ma bardzo dobrą współpracę z Holandią i wprawdzie stopa bezrobocia jest tam wysoka, ale kiedy przedsiębiorcy szukają pracowników na miejscu, to ich nie ma. To paradoksy naszego rynku pracy.

Wynikające przede wszystkim z oferowanych wynagrodzeń.

Dlatego obecna polityka rządu skupia się na odchodzeniu od konkurowania niskimi płacami. To było dobre dla naszego kraju, kiedy wychodziliśmy z komunizmu. Jednak ten etap jest już za nami. Musimy nadążać za krajami zachodnimi nie tylko w sferze gospodarczej, rozwojowej, innowacyjnej, ale również poprzez wzrost jakości naszego życia, bo jesteśmy mądrym, pracowitym narodem. Stąd nasze decyzje dotyczące wzrostu minimalnego wynagrodzenia i w ogóle wzrostu gospodarczego. To także klucz do zatrzymania ludzi młodych w Polsce.

Jednak ten dystans jest wciąż bardzo duży – według najświeższych danych Eurostatu nasza minimalna pensja to 611 euro, podczas gdy np. we Francji 1539 euro.

Dopiero zbliżamy się do krajów zachodnich, w których jest najtrudniejsza sytuacja pod względem płac – do Grecji, Portugalii, Hiszpanii. Gdy chodzi o płacę minimalną, przodujemy w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, ale od Zachodu jeszcze dzieli nas przepaść.

Płaca minimalna dotyczy ok. 1,6 mln zatrudnionych, przy czym znaczna część tych osób pracuje w sferze publicznej – administracji rządowej i samorządowej, dlatego również koszty w dużej mierze poniosą pracodawcy z sektora publicznego. W sektorze prywatnym szczególnie w średnich i dużych przedsiębiorstwach ciężko znaleźć osoby zatrudnione na stawkach minimalnych. Nawet te osoby, które przyjeżdżają do nas zza wschodniej granicy, nie chcą podejmować pracy za parę złotych. Zresztą obecnie nie jest to możliwe, bo zmieniliśmy przepisy i teraz każdy pracodawca ma obowiązek zatrudniania również obcokrajowców co najmniej za równowartość stawki minimalnej. Podwyższenie płacy minimalnej do poziomu 2600 zł jest tym ruchem, który ma nas zbliżyć do krajów zachodnich, jeśli chodzi o warunki płacowe i jakość oferowanych miejsc pracy w ogóle.

Czy może pan potwierdzić, że w przyszłym roku ta nasza płaca minimalna poszybuje w górę o kolejne 400 zł do 3000 zł?

Obecne minimalne wynagrodzenie wynosi 49,7 proc. prognozowanej na 2020 średniej płacy krajowej, czyli pod tym względem dochodzimy do standardów, które wyznaczyła Rada Europy w ramach interpretacji Europejskiej Karty Społecznej. Mówią one, że płaca minimalna powinna oscylować wokół połowy płacy średniej w kraju. Chcielibyśmy tę relację utrzymać, więc jeśli średnia krajowa będzie rosła, to wynagrodzenie minimalne również wzrośnie i tym samym wyniesie około 3 tys. zł. Chciałbym podkreślić, że nie są to działania jednorazowe, a wieloletni proces. W ciągu naszych rządów płaca minimalna wzrosła o około 40 proc.

Czyli kwota 3000 zł w 2021 r. nie jest jeszcze taka pewna?

To była deklaracja polityczna, natomiast ja się odnoszę do ministerialnych dokumentów dotyczących wzrostu płacy minimalnej. Płaca minimalna podlega też konsultacjom. Rząd proponuje czynnikom społecznym pewne rozwiązania i zazwyczaj jest tak, że pracodawcy chcą jak najniższej waloryzacji płacy minimalnej, natomiast związkowcy jak najwyższej. Ostateczną decyzję podejmuje Rada Ministrów. Zdarzyło się już dwukrotnie – za rządu premier Beaty Szydło i za poprzedniego rządu Mateusza Morawieckiego – że zaplanowana podwyżka płacy minimalnej była dla związkowców miłym zaskoczeniem. A stało się to dlatego, że chcieliśmy dojść do wskaźnika 50 proc. Ten rosnący trend będziemy chcieli utrzymać, ale jak będzie się to kształtować, zobaczymy.

Nie ulega jednak wątpliwości, że płace powinny iść w górę, tak żeby rosła siła nabywcza naszego społeczeństwa. To bardzo ważny aspekt. Za rządu PO-PSL, kiedy ta płaca była na poziomie około 40 proc. średniej krajowej, mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem tzw. biednych pracujących, to znaczy, że człowiek, który otrzymywał wynagrodzenie minimalne, nie był w stanie żyć na normalnym poziomie. Musiał korzystać z pomocy społecznej.

W ciągu czterech lat dochód w gospodarstwach rodzinnych wzrósł o 10 proc. Oczywiście, stało się to również dzięki transferom społecznym pieniędzy, m.in. przez 500+, ale jest to prawdziwy skok jakościowy. W tym czasie znacząco wzrósł też poziom tzw. dochodu rozporządzalnego – czyli ilość środków pozostających do dyspozycji po opłaceniu bieżących wydatków, dzięki którym możemy pomyśleć o wyjeździe na wakacje, kupić sobie jakieś dobra luksusowe. Jeśli na początku 2016 r. 80 proc. dochodów wydawaliśmy na potrzeby bieżące, to teraz jest to 70 proc., czyli 30 proc. zostaje nam na dodatkowe wydatki lub oszczędności. Nie jest to jeszcze tyle, ile mają do dyspozycji mieszkańcy krajów zachodnich, gdzie na dodatkowe wydatki lub oszczędności pozostaje 40-50 proc. środków, ale widać wyraźną poprawę.

Kiedy dojdziemy do ich poziomu, gdy chodzi o oszczędności?

Prezes Kaczyński mówi, że za 20 lat, więc trzeba mu wierzyć.

Życzmy tego sobie.

To jest możliwe. Mimo że mówi się o zwalnianiu gospodarki, to z roku na rok mamy wysoki wzrost. Według wstępnych szacunków GUS, w 2019 r. PKB wzrosło w Polsce o 4,0 proc., więc życzyłbym innym państwom, żeby ten poziom osiągnęły. Ale my musimy nadrabiać zaległości, więc to jeszcze potrwa.

PKB to jeden z podstawowych wskaźników makroekonomicznych, ale również i politycznych. Jednak od transformacji ustrojowej cały czas się rozwijamy…

Wystarczy popatrzeć na oceny wystawiane nam przez agencje ratingowe. Dlatego jestem przekonany, że podnoszenie płacy minimalnej jest dobrym kierunkiem działania. Między innymi dlatego, że młodzi ludzie wciąż z Polski wyjeżdżają, bo na zachodzie zarobki są zdecydowanie wyższe. A nam chodzi o to, by ich zatrzymać.

Pracodawcy nie są wcale zadowoleni z windowania minimalnej pensji – twierdzą, że podraża im to koszty pracy, rujnuje dotychczasowe siatki płac. Samorządowcy od razu zapowiedzieli, że niektórych pracowników zatrudnią na część etatu – ¾ lub 4/5, żeby zaoszczędzić. Czy to stanowisko jest już w jakiś sposób widoczne?

Te sytuacje występują, ale są to jednostkowe przypadki. Większym problemem jest efekt spłaszczania pensji. Podwyższamy płace, w tym roku zaplanowaliśmy 6-proc. wzrost wynagrodzeń w sferze budżetowej, jak również będą wyższe podwyżki w niektórych jednostkach publicznych. W 2019 r. mieliśmy wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw na poziomie 4,5 proc. i w tym roku ten wzrost chcemy utrzymać.

Myślę, że jest to dobry moment na dyskusję o płacach, bo z jednej strony podnosimy wynagrodzenia, co może nie cieszy przedsiębiorców, ale z drugiej wzrasta atrakcyjność zatrudnienia, co wobec trudnej sytuacji na rynku pracy ma ogromne znaczenie. Czynnik płacowy odgrywa dzisiaj bardzo dużą rolę. Wystarczy, że spojrzymy na sytuację zatrudnienia występującą w sferze publicznej. Mamy tu starszych pracowników, którzy zarabiają mało, ale nie są skłonni do zmiany miejsca pracy, oraz ludzi młodych, którzy wchodzą do zawodu i za oferowane im pensje nie chcą pracować. Stąd też wzięło się wyłączenie dodatku stażowego z wyliczania minimalnej pensji, bo spotkaliśmy się z opiniami, że starsi pracownicy, którzy przepracowali 20-30 lat, nie mieli szans na podwyżki, a młodzi, żeby ich zachęcić do podjęcia pracy, otrzymywali wynagrodzenie na ich poziomie. W prywatnych zakładach pracy jest trochę inaczej, bo jak jest koniunktura, to te pensje i tak rosną.

Czy lekarstwem na problemy rynku pracy jest ściąganie pracowników z zagranicy?

To nie jest rozwiązanie. Raczej chcemy zachęcać Polaków pracujących za granicą do powrotu. Zobaczymy, jak będzie po brexicie. Mamy nadzieję, że te osoby skalkulują sobie, iż w kraju mają bezpieczne warunki pracy, a przy wyższych pensjach nie muszą wyjeżdżać za granicę i pracować w zawodach, które często nie mają nic wspólnego z zawodem wyuczonym.

Czy działania ministerstwa ukierunkowane na aktywizację osób bezrobotnych oraz tych, które nie chcą podejmować pracy, będą się również koncentrowały na pomocy dotyczącej samozatrudnienia?

Część tych działań już realizujemy – idziemy w stronę ograniczenia umów śmieciowych, wprowadziliśmy minimalną stawkę godzinową. Wspieramy też rozwój małej przedsiębiorczości, o czym świadczą „mały ZUS” i udogodnienia związane z zakładaniem działalności gospodarczej. Nie chcemy jednak, żeby samozatrudnienie było nadal praktykowanym od wielu lat sposobem na obniżanie kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw. Nie akceptujemy zmuszania pracowników do zakładania działalności gospodarczej, żeby obniżyć koszty pracownicze. Nie jest przez nas również akceptowane omijanie przez pracodawców wszelkich uprawnień pracowniczych.



www.pulshr.pl | 26-05-2020 11:54:57