Mateusz Grzesiak celuje w Chiny. "Pokonam najtrudniejszą barierę"


Katarzyna Domagała-Szymonek - 22 paź 2019 6:00


- Wie pan, ile dziś kosztuje bochenek chleba? Zajmuje się pan takimi przyziemnymi sprawami? - Akurat źle pani trafiła. Jestem na diecie ketogenicznej. Jem tłuszcze. Nie kupuję chleba. Ale powiem, ile kosztuje butelka wody - o prowadzeniu własnego biznesu i korzystaniu z jego owoców, planach na przyszłość czy byciu szefem opowiada dr Mateusz Grzesiak, psycholog i wykładowca akademicki, założyciel Starway Institute.

Dr Mateusz Grzesiak jest przedsiębiorcą, trenerem i konsultantem. Od lat dzieli się swoją wiedzą ze słuchaczami. Na spotkania z nim przychodzą tysiące osób. W pierwszej części rozmowy opowiedział nam o początkach swojego biznesu, sodówce, która uderzyła mu do głowy, porażkach czy mocnych i słabych stronach polskich przedsiębiorców, których sam reprezentuje. Przeczytacie ją TUTAJ

Bilety na EdduCamp rozchodzą się błyskawicznie. Po zakończeniu letniej edycji kolejnego dnia sprzedaliście połowę nakładu na wydarzenie zaplanowane na luty 2020. Ile osób przyjeżdża pana słuchać?

- Około 1200.

Skąd tak ogromne zainteresowanie? Czemu ludzie chcą płacić za słuchanie pana rad?

- Wszyscy mamy potrzeby. Potrzeby fizjologiczne, emocjonalne, intelektualne, finansowe, samorealizacji. Biznes jest instytucją je realizującą. Dlatego dowiaduję się, czego ludzie potrzebują i staram się to bezkonkurencyjnie zapewniać. Skoro jestem w stanie przyciągnąć na konferencję 1200 osób, to najwidoczniej robię to dobrze.

Zdaję też sobie sprawę z tego, że rynek wymaga pewnych kompetencji, których polskie szkolnictwo nie jest w stanie zapewnić. Bo część szkół zarządzana jest w modelu feudalnym i uczy nieprzydatnych i nieaktualnych teorii. W efekcie mamy w Polsce olbrzymią liczbę osób, które mimo zdobytego wykształcenia mają spore braki kompetencyjne utrudniające im odnalezienie się na rynku i osiągnięcie sukcesu. Takim osobom mówię „słuchajcie, rynek rządzi się swoimi prawami i niezależnie od tego, jakie macie wykształcenie, potrzebujecie konkretnych kompetencji”.

Jakich?

- Zbadałem je i opisałem w modelu Mixed Mental Arts. Każdy musi umieć zarządzać, weryfikować, organizować pracę grupy, przewodzić jej. Mówię tu o załodze rozumianej nie tylko jako koledzy z pracy, ale też jako rodzinie czy samym sobie. Mamy dzieci, musimy je wychować. Kolejne elementy MMA to marketing, duchowość i rozwój osobisty.

Fot. Arkadiusz Wiedeński Fot. Arkadiusz Wiedeński

Nie mam żadnych wątpliwości, że nikt z minuty na minutę nie będzie w życiu potrzebował informacji, jakie miasto jest stolicą Burkina Faso (do tego można to w sekundę sprawdzić w internecie), ale wiedza z zakresu zarządzania, rozwoju, przydaje się nam na każdym kroku. By osiągnąć zamierzony cel, trzeba wiedzieć, jak być przekonującym.

EdduCamp prowadzicie we dwoje. Pan wraz z żoną. Występy od rana do wieczora przez trzy dni. To musi być spore wyzwanie.

- Iliana na EdduCampie jest gościnnie na kilka godzin, ona prowadzi swój projekt dla kobiet - WomanCamp. Wspomniała pani o trzech dniach... Mój rekord to 60 dni występów pod rząd od godz. 8 do 22 wieczorem. Z pewnością jestem pracusiem. Ale wydaje mi się, że w ogromnej mierze powiązane jest to z zupełnie innym aspektem mojego życia. Ze sportem, który daje mi ogromną energię do działania. Sport gwarantuje mi sprawne ciało, dużą ilość witalności. Do tego dieta. Reszta to napęd duchowy i świadomość, by w czasie swojego życia pomóc jak największej liczbie ludzi. To są kwestie kluczowe. Moje ciało jest gotowe do takiego wysiłku, moje kompetencje też, więc moja motywacja pcha mnie w tym kierunku.

Zysk również dzielicie w dużej mierze na dwoje. A to zysk nie byle jaki. 1200 uczestników - jeśli wezmą polecany przez was pakiet (nie jest ani najtańszy, ani najdroższy), który kosztuje 1250 zł, to zarobicie w trzy dni 1,5 miliona złotych. Jeśli wezmą ten pakiet w promocji (700 zł), wtedy zarobicie ponad 800 tys.

- Każdy przedsiębiorca wie, że przychód to nie zysk - jestem szefem firmy Starway Institute, współpracuje ze mną kilkadziesiąt osób.

Czyli śpicie na pieniądzach.

- Śpimy na łóżku z megawygodnym materacem. Przykrywamy się kołdrą z inicjałami Iliana i Mateusz, którą dostaliśmy 12 lat temu w prezencie ślubnym od moich rodziców. Natomiast to, czy jesteśmy bogaci, czy biedni, zależy od tego, do kogo się porównamy. Jeśli majątek zestawimy z Kulczykami, to okaże się, że nie jest tak dobrze. Natomiast kiedy sięgniemy po półkę premium, o której często piszą raporty eksperci z KPMG, to idzie nam bardzo dobrze. Z całą pewnością odnieśliśmy sukces finansowy. Jestem z niego bardzo dumy. Jestem też bardzo wdzięczny mojemu zespołowi, który również pomaga go osiągnąć.

Jednak proszę pamiętać, że firma, aby mogła sprawnie działać, musi wydawać. W naszym przypadku widać to doskonale na przykładzie rynku amerykańskiego, który perfekcyjnie potrafi drenować portfel.

Amerykański sen jest aż tak kosztowny?

- American Dream jest wyjątkowo kosztowny. O czym mało kto mówi. Wracając do naszych dochodów, to proszę pamiętać, że są one wypadkową jakości, jaką oferuję. Ludzie chcą płacić za to, co im przekazuję. Za nami 12 edycji EdduCamp. Zawsze mamy pełne obłożenie. Wielu słuchaczy do nas wraca. Po prostu oferujemy wartościowy produkt. Nie zrobię na pani wrażenia, ładnie wyglądając, dłużej niż trzy sekundy. W końcu trzeba się odezwać, utrzymać godzinną rozmowę. Trzeba mieć coś do powiedzenia. Ja jestem na to gotowy. Pieniądze są następstwem jakościowej pracy przez wiele lat.

Na co wydaje pan taką kasę?

- Głównie na inwestycje i rozwój firmy. Uważam, że są trzy poziomy zarabiania pieniędzy. Poziom minimalnych potrzeb, czyli tyle, ile każdy z nas potrzebuje, żeby przeżyć i mieć zrealizowane minimum. Nie mówię o życiu o chlebie i wodzie. Drugi poziom to poziom szczęścia - na przykład podróże, fajny dom i tak dalej. Jak się go osiągnie, zarabianie pieniędzy traci swoją zasadność, bo ma się to, czego potrzebuje. Ale można je potem inwestować albo ich ilość uderza do głowy w postaci sodówki czy narcyzmu. To jest właśnie trzeci poziom.

Wie pan, ile dziś kosztuje bochenek chleba? Zajmuje się pan takimi przyziemnymi sprawami?

- Akurat źle pani trafiła. Jestem na diecie ketogenicznej. Jem tłuszcze. Nie kupuję chleba. Ale powiem, ile kosztuje butelka wody.

Ile?

- Płacę dwa złote. Wiem, bo wodę kupuję.

Stara się pan nie być oderwanym od rzeczywistości?

- Wiem, co to jest bieda. Co to rozbita rodzina. Wiem, co to znaczy leżeć na dnie. Wiem, co to znaczy oddawać krew, by móc się utrzymać na uniwersytecie w Niemczech. Znam to wszystko, bo to przeżyłem. Mam w życiu pewne priorytety. Biznes jak najbardziej jest ważny, ale bycie świadomym człowiekiem jest dużo ważniejsze.

Dr Iliana Ramirez Fot. Facebook/Dr Mateusz Grzesiak Dr Iliana Ramirez Fot. Facebook/Dr Mateusz Grzesiak

Gdybym miał zrezygnować z tych wszystkich dóbr materialnych, za pomocą których można wygodnie żyć, to zrobiłbym to bez wahania. Zresztą nieraz się na to decydowałem. Miło jest zakładać na siebie drogi sweter i wsiadać do drogiego samochodu, ale moja wiedza i stosunek do pani nie zmieni się, jeśli będę miał na sobie najtańszy podkoszulek, a na spotkanie przyjadę tramwajem.

Jakie ma pan stawki?

- Za godzinę pracy biorę 3 tysiące złotych plus VAT. Mamy wielu klientów. Za całodniowe szkolenia stawki sięgają nawet 30-40 tysięcy.

Słyszałam, że najlepsi na rynku biorą ponad 50 tys. zł za kilka godzin na scenie.

- Tak, zdarzały mi się występy, gdzie pieniądze były większe. Jednak odnosząc to do rynku amerykańskiego, te kwoty nadal są niskie. Tam, jeśli mówca jest znany, za 45 minut bierze nawet 300 tysięcy dolarów. Czyli ponad 1,2 miliona złotych.

Nie ma pan z tyłu głowy, że dobra passa w biznesie może się kiedyś skończyć?

- Tak. Mam świadomość, że rynek może się zmienić. Dlatego cały czas rośniemy, zmieniamy się. Gdybym liczył na to, że na każde EdduCamp zarejestruje się 1200 osób, popełniałbym duży biznesowy błąd. W chwili, kiedy ma się sukcesy, należy myśleć o porażce. Dlatego cały czas myślimy o nowych rynkach. Studia MBA, które współtworzę z Akademią WSB w Dąbrowie Górniczej, mają dopiero pół roku. Mój autorski program przyciągnął już ponad 40 osób. Tym samym mogę powiedzieć, że w tej chwili konkuruję o pieniądze z graczami na rynku uczelni wyższych.

Niedawno oglądałam u pana na Facebooku zdjęcia z Azji. To był wyjazd rodzinny czy badanie nowego rynku?

Pewnie widziała pani zdjęcia z Korei i Japonii. To były wakacje. Z rynków azjatyckich interesują mnie teraz Chiny. Mam w sumie trzy rynki, na których się skupiam. Stany Zjednoczone, Polska i właśnie Chiny, które dopiero zaczynam poznawać. Całą resztę zostawiłem.

Skąd taki apetyt na ten rynek?

- Chiny to 1,4 miliarda ludzi. Największa gospodarka na świecie. Przepotężny eksporter i importer. Brak konkurencji w mojej branży, czyli Anglosasów. Oni ze względów kulturowych nie nauczą się raczej języka chińskiego. Ja, jako Polak, nie mam takiego luksusu. Muszę „zachrzaniać”. Pokonam najtrudniejszą barierę wejścia na nowy rynek, jaką jest język. Do tego nie będę arogantem kulturowym. Nauczę się tego, jak myślą Chińczycy. Co to jest utrata twarzy, co to jest działanie przysługa za przysługę. Pokornie, z ogromnym szacunkiem będę systematycznie występował, aż w końcu, kiedy będę miał lepszy chiński, pójdę do telewizji i stanę się popularny.

To zadziała. Po pierwsze jestem z Europy, a Chińczycy postrzegają to jako duży plus. Po drugie mam tytuły akademickie, w związku z tym automatycznie zdobywam status. Po trzecie moje zachowania osobowościowe – ekstrawertyzm, indywidualizm, nastawienie na rozwój jednostki – są atrakcyjne na rynku introwertyków pozamykanych w sobie, którzy nagle będą oglądać białego faceta z Europy, który nie ma żadnego kłopotu, będąc ciekawym na scenie. Do tego mówi do nich w sposób emocjonalny.

Sam nauczy się pan języka chińskiego?

- Nie widziała pani, jak na EdduCampie jeden z warsztatów zacząłem prowadzić właśnie po chińsku? Mówiłem w tym języku już całe pięć minut. Jestem już na pierwszym poziomie z sześciu. Mam opanowane 200 znaków, które pozwolą mi póki co przeżyć. Jednak chiński jest zbyt trudny, bym sam go opanował, mam nauczycielkę. Za to dużo ćwiczę samodzielnie.

Zostawi pan swoich słuchaczy w Polsce?

- Absolutnie nie. Tak jak pani mówiłem, postawiłem na trzy rynki. Nie zostawiłbym Polski – tu mam dom, firmę, tutaj się urodziłem, lubię ten kraj. Oczywiście wiem, że polska mentalność może zmęczyć, jak się w niej zbyt długo przebywa, ale na całe szczęście wtedy mam inne rynki, gdzie również szkolę. Postrzegam siebie jako obywatela świata, który swoją bazę ma właśnie w Polsce.

Kiedyś opublikował pan swoje stare zdjęcie. Na nim młody, dość pulchny facet ubrany w różowy podkoszulek. Nijak ta postać ma się do dzisiejszego Mateusza. Dyscyplina chyba nie jest panu obca?

- Pamiętam to zdjęcie, ważyłem wtedy 103 kilogramy. W siedem miesięcy schudłem 33 kilogramy. Dyscyplina ma tu ogromne znaczenie. Rozumiem ją na dwa sposoby. Po pierwsze konsekwencja w działaniu. Ale też dosłowna forma rozumienia tego wyrazu od łacińskiego pierwowzoru, czyli ktoś, kto się uczy. Ja mam i jedno, i drugie. Sport jest kluczowy w ćwiczeniu motywacji, konsekwencji, pokonywaniu słabości, systematyczności. Są trzy dziedziny, którymi się w życiu zajmuję: sport, biznes i rodzina. Nic więcej mnie nie interesuje.

Ile pan śpi? Podobno mało, a sam pan na warsztatach mówi o potrzebie regeneracji. Coś więc tu nie gra…

- Dalej jest we mnie część osobowości, która nie lubi spać, bo chce być efektywna. Na całe szczęście starzeję się, a z wiekiem potrzebuję tego snu więcej.

To ile jest to godzin?

- Teraz sześć. Przez długie lata maksymalnie spałem po cztery. Wychodzę z założenia, że chcę być jak dobre wino, z potencjałem starzenia się. Butelka co roku jest droższa. Dziś mogę pracować bardziej głową i marką.

Perfekcjonista oczekuje bycia najlepszym w każdym aspekcie. To opis pana osoby z waszej strony. Jakim jest pan szefem? Bo te określenia nie zachęcają do współpracy. Wymaga pan perfekcji od swoich podwładnych?

- W niektórych aspektach rzeczywiście taki jestem. Jednak proszę odróżnić różne role, jakie pełnię w firmie. Kiedy mówimy o Mateuszu jako liderze firmy, którą tworzy kilkadziesiąt osób, czyli spory zespół ludzi (część z nich pracuje ze mną od 2005 roku), trzeba zaznaczyć, że przez lata wyrobiłem szczególnego rodzaju model przywództwa. Mieszam w nim kilka modeli.

Z jednej strony jestem przywódcą charyzmatycznym, który ma w sobie dużo energii, aby napędzać do działania zespół. Z drugiej strony mam rys naukowy, więc bazujemy na konkretnych modelach i rzetelnej wiedzy. Po trzecie, jak trzeba być władczym - szczególnie w kryzysie to się przydaje - to potrafię taki być. Po czwarte mocno stawiam na edukację. Więc zależy mi na tym – a nie mam wątpliwości, że praca i rodzina to dwa nasze podstawowe konteksty działania – by każda osoba, która ze mną pracuje, stawała się w tej firmie lepsza. Dlatego moi menedżerowie są na MBA. Inwestujemy w nich. Zależy mi na tym, żeby mieli możliwość rozwoju, żeby nie bali się podejmować coraz to ambitniejszych projektów, żeby pracowali z wymagającymi klientami, bo tylko tacy nauczą ich nowych rzeczy.

Dbam też o to, żeby kultura tej firmy była odpowiednia, żeby nie było plotek, dramatów, żebyśmy od razu rozwiązywali konflikty. Żebyśmy nie bali się popełniać błędów. Zresztą podam pani przykład.
Jakiś czas temu nauczyłem się nowego modelu terapeutycznego. Po czym znalazłem pewne schematy dysfunkcyjnego zachowania u siebie. Zrobiłem spotkanie ze wszystkim pracownikami w firmie i powiedziałem im „oto instrukcja obsługi Mateusza Grzesiaka”.

Po pierwsze mam czasem zapędy perfekcjonistyczne, chciałem wam powiedzieć, jak sobie z tym radzić. Chciałem wam też powiedzieć o innej rzeczy – jak kiedyś mi powiecie, że jestem perfekcjonistą, to ja będę się tłumaczył w taki lub taki sposób. Mija kilka miesięcy, rozmawiam z grafikiem Marcinem, a on mówi: „hej, właśnie masz zapędy perfekcjonistyczne”. Nie, to jest coś zupełnie innego – odpowiadam mu. On na to: „powiedziałeś wtedy, że będziesz tak mówił!”.

Przytaczając tę historię, chcę pani pokazać, że w zarządzaniu staram się - na tyle, na ile mogę - również być wzorem człowieczeństwa. Nie udaję wszystkowiedzącego omnibusa. Tacy ludzie nie istnieją. Staram się połączyć na pierwszy rzut oka bardzo odległe od siebie światy – biznes, czyli musi być wynik, relacyjność, czyli musi być też miło i blisko. W tym kotle różnorodności budujemy kulturę, która jest otwarta na zmianę, edukacyjna, chętna do rozwoju, ambitna, nastawiona na wyniki. I to działa.

Rekrutujecie kogoś?

- Cały czas prowadzimy rekrutacje. Firma się rozwija w Polsce i za granicą. Teraz rozwijam dział social media i projektowy.

Na koniec ostatnia ważna kwestia. Jak wyjść obronną ręką z sytuacji kryzysowych? Jest pan osobą, która wzbudza różne emocje. Nie zawsze pozytywne.

- Trzeba oddzielić wizerunek, o którym rozmawiają ludzie, od siebie jako człowieka. Kiedy rozmawiamy tu i teraz, widzi pani przed sobą człowieka z krwi i kości. Widzi pani, jaki jestem, co czuję, jak się zachowuję. Tego nie da się ukryć. Ludzie, którzy wypowiadają się na temat innych osób, najczęściej w życiu ich nie widzieli. Bazują na stereotypach i własnych projekcjach. Jestem podmiotem działania opinii rynkowej, na tym polega gra, w którą gram. Ale jednocześnie rozróżniam – dzięki Bogu urodziłem się jeszcze w epoce, w której nie było social mediów – to, co jest wizerunkiem, od tego, kim jestem ja. Co za tym idzie, kiedy buduję relacje, skupiam się na rodzinie, przyjaciołach, klientach, z których gros jest powracających. To ludzie, którzy znają mnie osobiście. Nie przejmuję się tym, co sądzą o mnie ludzie piszący w Internecie. Oni budują opinie na mój temat na podstawie kilku wpisów i zdjęć.

To, że pokazuję, jak żyję, że jestem autentyczny i prawdziwy, jest najlepszą ochroną przed tym, by zostać uderzonym. Nie mam nic do ukrycia, więc nie ma rozdźwięku między tym, co pokazuję i jaki jestem. Ja naprawdę co rano wstaję, żeby ćwiczyć to jiu-jitsu. Nie ma u mnie rozdźwięku jak między Peterem Parkerem a Spider-Manem.

Druga kwestia to dokładne rozumienie, jak działa rynek mediów, jak działa rynek marki osobistej, co i jak pokazywać, by nie prowokować innych. Dawno temu podczas jednego z egzaminów na mojej Alma Mater SGH usłyszałem taką mądrość: „panie Mateuszu, niech pan pamięta, żeby wizerunek nigdy nie stał się ważniejszy od człowieka”. Staram się trzymać tej zasady cały czas. Człowiek jest dla mnie najważniejszy.



www.pulshr.pl | 10-04-2020 20:43:22