Wojciech Mroczyński dwa razy zdecydował się na sabbatical. Było warto?


Justyna Koc - 11 wrz 2019 8:40


Wojciech Mroczyński w tej chwili jest dyrektorem generalnym polskiej spółki OSHEE. Wcześniej od 2005 r. był związany z firmą AmRest, znaną z marek takich jak KFC, PizzaHut, Burger King czy Starbucks. W spółce tej pełnił role dyrektorskie w wielu obszarach - finansach, zarządzaniu operacjami, strategii czy HR. W 2011 r. zdecydował się na roczny urlop od pracy, tzw. sabbatical. Po 7 latach po raz kolejny na ponad rok odszedł z biznesu. Co daje taki urlop i jak wpływa na zarządzanie?

Współzarządzał pan firmą restauracyjną AmRest, zatrudniającą ok. 40 tys. pracowników, z czego ok. 15 tys. w Polsce. W 2011 r. po raz pierwszy zdecydował się pan na sabbatical – roczną przerwę w karierze. Skąd taka decyzja?

Wojciech Mroczyński: - Powodów było kilka. Razem z żoną wiedliśmy szczęśliwe życie, a nasze kariery zawodowe były ciekawe, jednak towarzyszyło nam poczucie niedosytu. Mieliśmy wrażenie, że coś wartościowego nam umyka. Żyliśmy na wysokich obrotach, a nasze życie stało się rutyną - rozgrywało się na płaszczyźnie praca-dom. Nie byliśmy w tym osamotnieni. Zauważałem, że ludzie wokół nas przeżywają podobne rozterki. Moje pokolenie, pamiętające stare czasy, żyje teraz w innych realiach – w dobrobycie, o którym nam się nie śniło. Nie zaspokaja on jednak głębszych potrzeb.

Pewnego dnia wróciłem z pracy i rzuciłem hasło, że robimy sobie roczną przerwę od codzienności. Dalej padła propozycja, aby wyjść poza naszą strefę komfortu i doświadczyć czegoś nowego. W ten sposób podjęliśmy decyzję o podróży dookoła świata. Była to swego rodzaju ucieczka przed rutyną i „normalnością” w świat przez nas nieznany, ale na tyle ekscytujący, że zdecydowaliśmy się zrobić ten krok.

Warto było na rok odejść ze świata biznesu?

- Zdecydowanie. Rozwój od zawsze był moją pasją i zawsze stawiałem na poprawę umiejętności – najpierw na poziomie akademickim, później na płaszczyźnie zawodowej. Podświadomie czułem jednak, że autentyczny rozwój człowieka ma miejsce wtedy, gdy wchodzimy w nieznany obszar z nieprzymuszonej woli, na naszych warunkach. Gdy jest to odgórny nakaz, to skutek jest odwrotny – jeszcze bardziej się przed nim opieramy. Z perspektywy czasu widzę, że to prawda. Roczna podróż przyniosła nam korzyści, których nie spodziewaliśmy się.

Jakie?

- Roczny sabbatical pozwolił mi na autentyczny rozwój w wielu obszarach. Gdy po przerwie wróciłem do pracy w AmRest, okazało się, że zmiany są na tyle widoczne, iż dostrzegli je moi dotychczasowi współpracownicy. Był to także świetny okres dla naszej rodziny, w której, po dłuższej przerwie, pojawiło się kolejne dziecko. To cudowne i zupełnie inne doświadczenie - każdemu życzę szczęśliwego, dojrzałego rodzicielstwa.

Sabbatical pozwolił mi również na rozwój duchowy oraz sportowy. Od wielu lat jestem aktywny fizycznie, brałem udział w wielu zawodach triathlonowych Ironman. Paradoksalnie najlepsze wyniki zacząłem osiągać po 40., a jak wiadomo, optimum sprawności fizycznej człowiek osiąga w wieku 30-33 lat. Moje życiowe rekordy pojawiły się jednak później, po odbytej podróży.

Roczny sabbatical pozwolił Wojciechowi Mroczyńskiemu na autentyczny rozwój w wielu obszarach. (Fot. naszsabbatical.com) Roczny sabbatical pozwolił Wojciechowi Mroczyńskiemu na autentyczny rozwój w wielu obszarach. (Fot. naszsabbatical.com)

A czy w obszarze zawodowym również osiągał pan lepsze wyniki?

- Zanim zdecydowałem się na przerwę w karierze, byłem odpowiedzialny za różne obszary – finanse, zarządzanie operacjami czy HR. Gdy wróciłem, otrzymałem nową rolę – dyrektora ds. strategii (CSO), która została utworzona ze względu na nowe wyzwania stojące przed spółką. Dla mnie była to świetna okazja, ponieważ kompetencje i doświadczenie, które dotychczas zdobyłem, idealnie wpisały się w nową rolę. W firmie AmRest przepracowałem 13 lat i muszę przyznać, że najlepszym okresem były lata po moim powrocie z pierwszego sabbaticalu. Dowodem na to są liczby. Po moim powrocie akcje firmy były warte 40 zł, a po kilku latach - 400 zł. Niewiele firm może pochwalić się historią, kiedy wartość spółki wzrasta 10-krotnie w ciągu paru lat.

Wspomniał pan, że współpracownicy dostrzegli zmiany, jakie zaszły w panu podczas sabbaticalu. Co konkretnie się zmieniło i czy ułatwiło to zarządzanie?

- Najpierw pojawiły się pod moim adresem ogólne komentarze. Moi koledzy i koleżanki mówili: „Słuchaj, ale się zmieniłeś”. Zacząłem dopytywać o szczegóły. Dowiedziałem się, że zmianie uległ mój sposób komunikacji - kiedyś był bardziej jednostronny, teraz jest partnerski. Jestem też bardziej szczery - w rozmowach z ludźmi staram się nie filtrować różnych rzeczy. Kolejna uwaga dotyczyła umiejętności słuchania - w tej chwili jestem bardziej uważnym słuchaczem, wcześniej przychodziło mi to z większym trudem. Moi współpracownicy dostrzegli również, że bardziej pozytywnie i z większą lekkością patrzę na świat.

Dostrzegam też więcej rzeczy niż wcześniej, moje czucie wyostrzyło się. Gdy wróciłem do firmy, czułem się jak główny bohater filmu „Wilk”, który jadąc wieczorem, napotyka na swojej drodze potrąconego wilk. Gdy wychodzi z samochodu, aby przesunąć jego ciało na pobocze, okazuje się, że zwierzę żyje – gryzie bohatera, po czym ucieka. Mężczyzna po ugryzieniu zaczyna przemieniać się w wilka. Jest to długi proces. Najpierw wyostrzają się jego zmysły i zaczyna on zauważać w swoim biurze rzeczy, których wcześniej nie widział. Potrafi nawet czytać w myślach innych pracowników. Moje czucie nie jest tak głębokie jak w przypadku głównego bohatera opisanego filmu, jednak podobnie jak on zacząłem zauważać wiele rzeczy, np. gdy rozmawiałem z kimś, czułem, jaką energią emanuje albo czy jest ze mną szczery. Czy to spowodowało, że jestem bardziej empatycznym liderem? Chciałbym, żeby tak było.

Wrócił pan do AmRestu, kolejne lata były bardzo owocne. Mimo to zdecydował się pan po raz kolejny na przerwę w karierze. Dlaczego?

- Po kolejnych siedmiu latach, w których naprawdę dużo się wydarzyło w życiu zawodowym, a także wiele rzeczy pozmieniało się na lepsze w mojej rodzinie, stwierdziłem, że skoro pierwszy sabbatical tak pozytywnie wpłynął na moje życie, to trzeba to powtórzyć. Motywacja była inna niż za pierwszym razem, kiedy postanowiliśmy całą rodziną uciec od rutyny codziennego życia i ciągłej gonitwy. Tym razem była to w pełni świadoma decyzja – postawiłem na rozwój.

Druga przerwa wymagała dyscypliny i organizacji. Trochę podróżowałem z rodziną, wybrałem się również zimą na pielgrzymkę do Santiago. Postanowiłem także spełnić jedno z moich marzeń – podzielić się swoim doświadczeniem i pasją związaną z rozwojem z innymi poprzez napisanie książki. I tak z jednego roku przerwy zrobiło się półtora roku. Wtedy też zacząłem się zastanawiać, czy wrócić do biznesu, czy może zająć się czymś innym.

- Sabbatical był swego rodzaju ucieczka przed rutyną i „normalnością” w świat przez nas nieznany, ale na tyle ekscytujący, że zdecydowaliśmy się zrobić ten krok - mówi Wojciech Mroczyński. (Fot. naszsabbatical.com) - Sabbatical był swego rodzaju ucieczka przed rutyną i „normalnością” w świat przez nas nieznany, ale na tyle ekscytujący, że zdecydowaliśmy się zrobić ten krok - mówi Wojciech Mroczyński. (Fot. naszsabbatical.com)

Dlaczego się pan wahał?

- W AmRest pracowałem z przerwami przez ponad 13 lat, stwierdziłem więc, że czas na zmiany. Jednak pracując wiele lat w takiej interesującej firmie, człowiek jest trochę „popsuty”. Przyzwyczaiłem się do pewnych standardów pracy – sposobu komunikacji, tempa podejmowania decyzji, kultury organizacyjnej, którą budowaliśmy przez lata. Do tego dochodzi skala spółki – AmRest jest poważnym graczem wartym 3 mld dolarów o globalnym zasięgu (gdy zaczynałem, firma była warta ok. 100 mln dolarów). Stwierdziłem, że nie znam podobnych firm w Polsce, a nie chciałbym pracować w spółce, w której środowisko pracy nie jest równie inspirujące. Zacząłem się więc zastanawiać, czy to nie jest odpowiedni moment, by założyć własny biznes – mam kilka pomysłów na przedsięwzięcie.

Wtedy usłyszałem o polskiej firmie OSHEE, która jest na podobnym etapie rozwoju jak AmRest kilkanaście lat temu – pod wieloma względami przypomina mi ją. 11 lat temu spółkę założyło dwóch młodych przedsiębiorców. W tej chwili są liderem na rynku, jeśli chodzi o napoje izotoniczne i wody witaminowe. Półtora roku temu do grupy OSHEE weszła marka wody mineralnej Kinga Pienińska, a kilka miesięcy temu marka SONKO, lider rynku w kategorii rozmaitych przekąsek na bazie ryżu i innych zbóż oraz kasz i ryżu w segmencie dry food. Firma ma świetne perspektywy rozwojowe, a właściciele szukali doświadczonej osoby, która pomogłaby w szybszym i bardziej jakościowym rozwoju spółki na skalę globalną. Postanowiłem więc skorzystać z okazji.

Co skłoniło pana do zmiany decyzji i powrotu do biznesu?

- Na pewno nie bez znaczenia była otwartość na zmiany zarówno po stronie właścicieli, jak i całego zespołu. Rekrutacja nie była przeprowadzona w sposób standardowy – nie ograniczała się do kilku rozmów, negocjacji i ostatecznej decyzji. Miałem okazję spędzić kilka dni w firmie i porozmawiać z wieloma osobami. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony procesem rekrutacji, jak i samą firmą. Wtedy też prysła iluzja, że nie ma w Polsce innych ciekawych organizacji, w których mógłbym pracować i czerpać z tego satysfakcję. Po miesiącu spędzonym w grupie OSHEE mogę powiedzieć, że na pewno nie będę się tutaj nudzić.

Wracając jeszcze do sabbaticalu, w Polsce jest on mało popularny. Zna pan kogoś, kto zdecydowałby się na roczny urlop?

- Niestety nie spotkałem nikogo, kto zrobiłby sobie roczną przerwę w pracy. Znam jednak osoby, które zdecydowały się na krótsze, kilkumiesięczne urlopy albo odważyły się na duże zmiany w swoim życiu. Warto podkreślić, że mój pomysł nie jest jedynym dobrym sposobem na odpoczynek. Każdy jest w innej sytuacji życiowej, ma inne ograniczenia i możliwości, którymi kieruje się podczas podejmowania decyzji. Zdaję sobie też sprawę, że podróż, jaką odbyłem z moją rodziną, nie jest dla wszystkich.

Dla wielu osób sporą barierą są finanse. Niewielu może sobie pozwolić na roczną przerwę w dochodach…

- Spotkałem ludzi, którzy mówili, że roczna przerwa w pracy dla mnie jest łatwiejsza, ponieważ jestem zabezpieczony finansowo i trudno się nie zgodzić z taką argumentacją. Znam jednak sporo osób, które są jeszcze bardziej zabezpieczone finansowo, a mimo to czują większy opór przed sytuacją, w której przez dłuższy czas nie będą zarabiać. W ich rozumowaniu im więcej się zarabia, tym ma się więcej do stracenia – tzw. koszt alternatywny jest często dla nich zbyt wysoki do zaakceptowania.

Myślę, że istotna jest także forma sabbaticalu. Wielu moich znajomych – zamożnych i troszkę gorzej usytuowanych – nigdy nie zgodziłoby się na życie w takich warunkach, w jakich my żyliśmy przez rok. Nasza rodzina zdecydowała się na brak luksusów – mieszkaliśmy między innymi w namiocie. Oczywiście można podróżować i spać w wygodnych hotelach, ale budżet byłby nieporównywalnie wyższy. My przyjęliśmy taki model, jednak nie wszystkim musi on odpowiadać.

Co było największym wyzwaniem podczas podróży?

- Największym wyzwaniem była edukacja naszych dzieci. Jako że nasza podróż trwała rok, musieliśmy z żoną zająć się nauką. Ja miałem trochę lżej – byłem odpowiedzialny za dwa przedmioty. To była bardzo ciężka praca, która wymagała ogromnej samodyscypliny. Codziennie kilka godzin poświęcaliśmy na edukację.

Muszę przyznać, że dzieciom ten aspekt podróży najmniej się podobał. Gdy chodzą do szkoły, to uwaga nauczyciela skupia się na wszystkich dzieciach. Nie zawsze też uczeń zostaje wywołany do tablicy. Edukacja domowa (homeschooling) to nie jest monolog nauczyciela, ale ciągłe „bycie przy tablicy”. Warto dodać, że warunki do pracy mieliśmy różne. Czasem musieliśmy odrabiać lekcje, klęcząc w namiocie.

- Zdaję sobie też sprawę, że podróż, jaką odbyłem z moja rodziną nie jest dla wszystkich - mówi Wojciech Mroczyński. (Fot. naszsabbatical.com) - Zdaję sobie też sprawę, że podróż, jaką odbyłem z moja rodziną nie jest dla wszystkich - mówi Wojciech Mroczyński. (Fot. naszsabbatical.com)

Sukces ma swoją drugą twarz. W swojej książce „Najpiękniejsza podróż. W poszukiwaniu lepszego siebie” pisze pan, że często osiągnięciom zawodowym towarzyszą niepielęgnowane relacje rodzinne i społeczne, zniszczone zdrowie i spustoszenie w strefie duchowej. „Po pięciu minutach sławy przychodzi poczucie osamotnienia i izolacji po zejściu ze sceny”. Czy to cena, którą musi zapłacić menedżer za sukces?

- Znam osoby na stanowiskach menedżerskich, które za swój sukces zawodowy zapłaciły wysoką cenę – rozpadem rodziny, rozbitym małżeństwem lub zdrowiem. Mnie to na szczęście ominęło. Przed pierwszym sabbaticalem mimo, że odniosłem sukces zawodowy, to jednak nie szedł on w parze ze spektakularnym sukcesem rodzinnym. Byłem dobrym mężem i ojcem, ale miałem wrażenie, że w obu tych rolach daję z siebie dużo poniżej swoich możliwości. Jako członek zarządu giełdowej spółki dużo pracowałem. W pewnym momencie doszły do tego treningi – uprawiałem Ironman triathlon. Był taki okres, że ćwiczenia zajmowały mi blisko 25-30 godzin tygodniowo. Gdy w sobotę przejeżdżałem 200 km na rowerze, po czym kolejne 10 km biegłem, to po sześciu godzinach treningu byłem wykończony – rodzina nie miała ze mnie wielkiego pożytku.

W pewnym momencie przyszło jednak opamiętanie i na szczęście skalibrowałem cele w rozmaitych dziedzinach swojego życia. Jestem więc daleki od tego, by mówić, że to jest cena, jaką trzeba zapłacić za sukces zawodowy. To nie jest tak, że można być dobrym tylko w jednej dziedzinie. Udane życie zawodowe da się połączyć z życiem prywatnym, ale trzeba do tego podejść w dojrzały sposób. Złapanie równowagi jest bardzo istotne. Musimy pamiętać, że to my jesteśmy autorami naszego życia i nikt nie każe nam więcej pracować czy trenować. To my podejmujemy decyzje i musimy wziąć za nie odpowiedzialność.

Czy za 7 lat planuje pan kolejny sabbatical?

- Nie mogę powiedzieć, że za 7 lat na pewno zrobię sobie przerwę, ale nie zamykam się na taką możliwość. Myślę, że dzięki przerwom w karierze aktywność zawodowa może być dużo dłuższa. Wiek emerytalny przesuwa się. Gdy moje pokolenie dojdzie do tego progu, będzie on jeszcze wyższy, ponieważ system emerytalny nie będzie w stanie unieść ciężaru starzejącego się społeczeństwa. Będziemy pracować coraz dłużej, dlatego musimy zmienić sposób, w jaki żyjemy i pracujemy – mentalnie i psychicznie możemy nie udźwignąć tego ciężaru. Nie bez powodu psychoterapeuci mają dużo pracy – to owoc dzisiejszych czasów, które z jednej strony niosą dobrobyt, ale odbijają się na innych sferach życia.



www.pulshr.pl | 21-09-2019 10:50:04