Jurij Kariagin: Jak każdy człowiek, także Ukrainiec nie jest święty. Tak samo jak pracodawcy czy pośrednicy pracy


Katarzyna Domagała-Szymonek - 28 sie 2019 6:00


O sytuacji pracowników z zagranicy, grzechach pracodawców (nie tylko polskich) czy o zmianach, na jakie muszą się naszykować, rozmawiamy z Jurijem Kariaginem, przewodniczącym Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników Ukraińskich w Polsce.

Już tylko cztery miesiące zostały do otwarcia niemieckiego rynku na pracowników spoza Unii Europejskiej. Pana zdaniem polscy przedsiębiorcy mają się czego obawiać?

Powiem wprost: jeśli dalej będą oszukiwać i wykorzystywać pracowników z Ukrainy, to oni wyjadą do pracy nie tylko do Niemiec, ale też do Czech, Słowacji czy innych krajów Unii Europejskiej. Polacy nie powinni zapominać, że przez ich kraj prowadzi największy tranzyt migracji robotniczej do całej Unii Europejskiej.

(fot. Katarzyna Domagała-Szymonek/PTWP) (fot. Katarzyna Domagała-Szymonek/PTWP)

Natomiast w przypadku samych Niemiec cały czas czekamy na przyjęcie ostatnich zapisów prawa w tym zakresie. Z drugiej strony Ukraińcy chcący tam wyjechać muszą dobrze mówić po niemiecku. To może być problemem. Choć już widzę, że kursy nauki języka niemieckiego stają się wśród obywateli Ukrainy coraz popularniejsze.

Tylko polscy pracodawcy oszukują cudzoziemców?

- Nie, nie tylko. Niedawno dzwoniła do mnie po pomoc mama młodego chłopaka, który pracuje w Niemczech. Zatrudniony jest w dużej firmie, która mu nie wypłaciła pensji. Nie może odzyskać zaległych pieniędzy. Kilka dni temu odebrałem telefon od mężczyzny, który pracował we Francji. Został tam okradziony. Teraz właściciel firmy, w której pracował, nie chce wypłacić wynagrodzenia.

To dlaczego Ukraińcy mieliby wyjeżdżać z Polski?

- Bez szacunku do pracownika trudno mówić o chęci związania się z takim pracodawcą na dłużej. To element, który dotyczy wszystkich pracodawców, nie tylko polskich. Natomiast na rzecz innych krajów UE przemawia m.in. mniejsza biurokracja czy wyższe pensje. To w połączeniu ze wspomnianymi wcześniej argumentami może przeważyć szalę na rzecz wyjazdu.  

Jak pan pomaga cudzoziemcom?

- Są dni, kiedy odbieram 30-40 telefonów od osób poszkodowanych przez pracodawców. Staram się kierować ich do odpowiednich służb - Państwowej Inspekcji Pracy, związków zawodowych. Podpowiadam, jak napisać pismo, które należy złożyć w PIP. Ale nieraz samo wysłuchanie pomaga. Taka osoba mobilizuje się wtedy do działania. Widzi, że walkę z nieuczciwym pracodawcą można wygrać.

W jaki sposób polscy przedsiębiorcy oszukują?

- Podam konkretne przykłady. Ukrainka przychodzi do pracy. Od pracodawcy słyszy: „Pracuj u mnie na cały etat, ale będę ci płacił legalnie wynagrodzenie za pół etatu. Drugą część pensji wyrównam, z nadwyżką, poza umową. Może tak być?”. Ona się godzi, a kiedy przychodzi do rozliczenia, to dostaje wynagrodzenie wyłącznie za to, co jest na umowie.

Czytaj więcej: Te dane nie pozostawiają złudzeń. Ukraińcy osiedlają się w Polsce

Inna sytuacja. Ukrainiec od razu na wstępie usłyszał od pracodawcy, że może liczyć na pracę, ale bez umowy, bo niższe podatki, bo więcej będzie mógł zarobić. Efekt? Przepracował dwa miesiące. Nie dostał za to ani grosza. Nie dawał za wygraną, poszedł zawalczyć o swoje. Wie pani, co usłyszał? „Uważaj sobie, bo sięgam po telefon i dzwonię do Straży Granicznej. Deportują cię od ręki”.

Takie sytuacje nie dotyczą wyłącznie pracowników z Ukrainy. Do naszego związku po pomoc dzwonią również obywatele Białorusi, Gruzji, Armenii, Rosji, Mołdawii, Uzbekistanu, Kirgistanu czy Azerbejdżanu.

(fot. Ambasada Amerykańska na Ukrainie/flickr.com/domena publiczna) (fot. Ambasada Amerykańska na Ukrainie/flickr.com/domena publiczna)

Mówiąc o oszukiwaniu, chciałbym poruszyć jeszcze jeden wątek. Powstaje wiele pozarządowych organizacji, które za cel w oficjalnym przekazie stawiają sobie pomoc pracownikom z zagranicy. W praktyce chcą wyłącznie uzyskać granty i oferować pomoc pozorną, na której poszkodowani i tak nie skorzystają. Organizują konferencję, na przykład na temat tego, jak wykorzystać komputer w walce z „pracą niewolniczą” w rolnictwie. Przecież kobieta, która przyjechała do Polski zbierać truskawki, pewnie nie ma nawet telefonu, a co dopiero komputera. Ale organizacja swoje zrobiła, informacja o konferencji poszła w świat. Co z tego, że nikt na tym nie skorzystał?

Pan przyjechał do Polski trzy lata temu. Raczej nie w celach zarobkowych. Pracował pan w wielu organizacjach, wykładał na wielu uczelniach.

- Od wielu lat jestem członkiem stowarzyszenia Ukraina-Polska. Mam polskie pochodzenie, mój dziadek był stąd. Zresztą zginął na polskiej ziemi, podczas wojny. Ja do Polski jeździłem często w latach 70. Rodzinę mieliśmy w Kłobucku, gdzie mieszkała siostra dziadka. Odwiedzałem z mamą Matkę Boską Częstochowską.

Długi czas pracowałem jako dyrektor organizacji turystycznej działającej na Ukrainie. Miałem przyjemność podpisać umowę o współpracy między Polską a Ukrainą. Wtedy moje wyjazdy do Polski znów stały się coraz częstsze.

Z tych opowieści wnioskuję, że dobrze się panu żyło na Ukrainie. To co się stało, że teraz rozmawiamy, siedząc w pana biurze w warszawskim Śródmieściu?

- Kiedy w 2014 roku wybuchła wojna w Donbasie, wielu Ukraińców, uciekając przed nią, wyjechało z kraju. Działając w stowarzyszeniu, zdecydowaliśmy się, że warto by było pomagać takim osobom. Stanęło na tym, że to ja przyjadę do Polski. Z czasem okazało się, że problemy dotyczą nie tylko tych Ukraińców, którzy uciekali przed wojną, ale również tych, którzy przyjechali tu za pracą. Zostałem więc w Polsce dłużej. Zacząłem wchodzić w związkowe środowisko. Idea niesienia pomocy stawała się coraz wyraźniejsza. W końcu w 2016 roku zarejestrowaliśmy działalność Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników Ukraińskich.

Dziś Międzyzakładowy Związek Zawodowy Pracowników Ukraińskich w Polsce to ilu pracowników?

- Pracowników? Wszyscy jesteśmy wolontariuszami. W całej Polsce na rzecz związku pracuje około 50 osób. Naszą działalność wspiera m.in. OPZZ, różne fundacje, samorząd Warszawy. Utrzymujemy się też z grantów.

Rodzina nie tęskni za panem?

- Moja praca od zawsze wiązała się z wieloma wyjazdami. Po części byli do tego przyzwyczajeni. Natomiast mój stan zdrowia wymaga, abym raz na trzy miesiące stawił się na badaniach na Ukrainie. Więc jeżdżę tam regularnie. To okazja, by spotkać się z dziećmi i wnukami.

Wracając do pracy w Polsce – pojawia się pomysł, by usprawnić proces sprowadzania do Polski rodzin pracowników z Ukrainy. Takie działanie miałoby wpłynąć na ich chęć związania się z naszym krajem na dłużej. To dobry pomysł?

- Jak najbardziej, co więcej, ten pomysł już działa i się sprawdza. Co nie oznacza, że nie można by było go ulepszyć. Obecnie, jeśli ktoś pracuje legalnie w Polsce 2,5 roku, ma gdzie mieszkać, to może sprowadzić do Polski swoją najbliższą rodzinę. Jednak jest to obwarowane wieloma wymaganiami, m.in. dochód na jedną osobę w rodzinie musi być wyższy niż 800 zł. Jednak w Polsce nie tak lekko utrzymać się i wykarmić całą rodzinę. Dlatego niewielu cudzoziemców może sobie na to pozwolić.

Inny problem to to, że wiele rodzin rozpada się. Wyjazd nigdy nie jest prosty. Nie każdy może się zaadaptować w nowym miejscu, nie każdy w Ukrainie może znieść brak drugiej połówki. To negatywnie odbija się na całej relacji.

Co panu sprawiło największy problem po przyjeździe do Polski? Kiedyś rozmawiałam ze Swiatosławą Nykorowycz-Mendel, Ukrainką, która od ponad 10 lat mieszka w Polsce i prowadzi blog, na którym wyjaśnia zawiłości związane z podjęciem pracy w naszym kraju. Kobieta wiele wypłakała, nim udało się jej pokonać polską biurokrację i oziębłość urzędników.

- W Polsce miałem rodzinę, współpracowników, kolegów. Nie przyjechałem w zupełnie obce mi środowisko. Dlatego adaptacja przebiegała u mnie dużo łatwiej. Natomiast wiem, że Ukraińcy nie mają z tym lekko. Problemy napotykają na każdym kroku. Zaczynając od biurokracji, po znalezienie legalnej pracy czy mieszkania. Nie pomaga w tym nieznajomość języka polskiego.

Skoro poruszył pan wątek języka, posłużę się subiektywną opinią mojej koleżanki. Pracuje w banku, na co dzień obsługuje coraz więcej Ukraińców. Jej zdaniem oni nie chcą się uczyć języka polskiego. Mają roszczeniową postawę. Uważają, że skoro są klientami banku, to wszystko im się należy, że to jego pracownicy mają znać ukraiński. Mówię o tym, bo nie jest to odosobniona opinia. Jak pan się do tego odniesie?

- Duża część Ukraińców najczęściej przyjeżdża do Polski pracować na trzy miesiące. Do tego pracuje w branżach, gdzie znajomość języka polskiego nie jest wymagana. Więc po prostu nie czują potrzeby uczyć się mówić po polsku. Chcą zarobić i wrócić na Ukrainę. Wybudować tam domy. Poprawić jakość życia najbliższych. Jednak nie generalizowałbym w tej kwestii. Ogromna liczba Ukraińców przyjeżdża na studia do Polski i łączy naukę z pracą zawodową. Tym samym nauka języka polskiego jest dla nich rzeczą powszechną.

Jakie grzechy popełniają pracownicy z Ukrainy?

- Jak każdy człowiek, także Ukrainiec nie jest święty. Mężczyźni zostawiają żony w domu i czują się w Polsce jak spuszczeni ze smyczy. To nie wpływa dobrze na jakość ich pracy. Jednak pracodawcy też mają wiele na sumieniu. Tak samo jak pośrednicy pracy. Pieniądze gubią ludzi.

(fot. Ambasada Amerykańska na Ukrainieflickr.comdomena publiczna) (fot. Ambasada Amerykańska na Ukrainieflickr.comdomena publiczna)

Coraz częściej mówi się, że ukraiński rynek się wyczerpał.

- W ciągu ostatniej dekady za pracą wyjechało 10 mln Ukraińców. Najwięcej do Polski. Te wyjazdy będą miały dalszy ciąg, bo globalizacja i internacjonalizacja rynku pracy będą przybierały na sile. Cały czas znajdziemy na Ukrainie osoby chętne do wyjazdu, ale ogrom formalności nie ułatwia tego.

Zdecydowana większość Ukraińców pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Wykształcone osoby ze sporym doświadczeniem zawodowym pracują w Polsce na budowie, w restauracjach czy hotelach jako pomoc kuchenna czy sprzątaczki. Co zrobić, by w pełni zacząć wykorzystywać ich wiedzę i doświadczenie?

- To jest całkiem spory problem. Ale życie jest życiem, biurokracja wygrywa. W wielu branżach – jak medycyna czy edukacja – pracownicy z Ukrainy nie mają uprawnień do wykonywania zawodu. Często na ich zdobycie po prostu ich nie stać lub nie mają na to czasu, bo muszą zarabiać. Najlepszy przykład to medycyna. Problemu nie mają tylko eksperci związani z branżą IT, którzy bez problemu znajdują dobrze płatną pracę w zawodzie.

Czyli co? Polscy pracownicy zaczynają dostrzegać kwalifikacje Ukraińców?

- Za dużo powiedziane. Po pierwsze rząd powinien ten problem rozwiązać ustawowo. Wesprzeć finansowo szkolenia zarówno z języka polskiego, podstaw BHP, jak też szkolenia szczegółowe dla konkretnych branż. Mam też inny apel do prezydenta Andrzeja Dudy. Prosiłbym go, aby przyjął abolicję dla obywateli od wielu lat mieszkających nielegalnie w Polsce i mających problem z otrzymaniem polskiego obywatelstwa. Pisałem w tej sprawie również do premiera Mateusza Morawieckiego. Chcę ich przekonać, że takim Ukraińcom, którzy – choć od lat mieszkają w Polsce nielegalnie – uczciwie pracują na rozwój tego kraju, warto wysłać sygnał, że Polska może stać się ich drugim domem.

Kiedy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, wskazywał pan, że polski rząd cały czas zwleka z wprowadzeniem istotnych z punktu widzenia rynku pracy zmian w polityce migracyjnej. Coś się w tym zakresie zmieniło?

- Zaproszono mnie do roboczej grupy zajmującej się pracą nad zmianami przepisów. Jestem tam jedyną osobą, która patrzy na sytuację pracowników z zagranicy od strony praktycznej. A to zawsze coś. Mądre państwo stara się tak stworzyć prawo, by było ono dobre dla każdej z zainteresowanych stron. Tym bardziej, że jest o kim myśleć. Kiedy przyjeżdżałem do Polski, to składki na ubezpieczenie do ZUS odprowadzało około 100 tysięcy Ukraińców. Teraz jest to około 400 tys. obywateli tego kraju.

Wraz ze wzrostem liczby pracowników z zagranicy rośnie liczba składanych przez nich do PIP skarg na pracodawców. Co za tym stoi? Ich rosnąca świadomość? Coraz częstsze oszukiwanie przez pracodawców? Czy po prostu fakt, że jest coraz więcej pracujących cudzoziemców w Polsce?

- Liczba Ukraińców ustabilizowała się w Polsce. Obecnie pracuje ich około miliona. W sezonie ich liczba sięga dwóch milionów. Dlatego przekonany jestem, że częstsze zgłoszenia łamania przepisów prawa to efekt ich rosnącej świadomości. O co my - jako związek zawodowy – mocno walczymy.



www.pulshr.pl | 05-04-2020 06:14:34