15 lat temu można było zatrudnić setki pracowników za niskie pieniądze. Dzisiaj? Produkcja może od nas odejść


Aneta Kaczmarek - 13 cze 2019 20:00


Jeszcze do niedawna głównym powodem, dla którego zagraniczni inwestorzy decydowali się na lokowanie kapitału w Polsce, były niskie koszty. Ten czynnik wciąż odgrywa znaczącą rolę w procesie decyzyjnym, ale nie jest już kluczowy. Co zatem wpływa na wybory przedsiębiorców? Elementów jest co najmniej kilka.

Diagnozę obecnej sytuacji na rynku Europy Środkowo-Wschodniej przedstawił Surojit Ghosh, dyrektor wykonawczy CSE BD Tax Leader, EY. EY jest światowym liderem rynku usług profesjonalnych obejmujących usługi audytorskie, doradztwo podatkowe, doradztwo biznesowe i doradztwo transakcyjne.

- W Europie Środkowej i Wschodniej inwestycje zagraniczne są czymś bardzo pożądanym. To zawsze były atrakcyjne obszary dla zagranicznych inwestycji. Przed kryzysem w latach 2007-2009 inwestycje zagraniczne wzrosły do poziomu ok. 72 mld dolarów. To była szczytowa wartość. Po kryzysie wartości te spadły do niewiele powyżej 27 mld dolarów. Widzimy ostatnio wzrost tych inwestycji, ale nadal jesteśmy na niższym poziomie niż przed kryzysem. Prognozy za 2018-2022 zakładają, że wartość inwestycji w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej wzrośnie i wyniesie 49 mld dolarów - mówił Ghosh.

Jak podkreślał Ghosh, potencjał regionu jest postrzegany jako bardzo duży. To część Unii Europejskiej, która daje dostęp do szerszego rynku.

- Infrastruktura biznesowa plus telekomunikacja i systemy z tym związane są tutaj bardzo dobrze rozwinięte. Jednym z kluczowych czynników jest jednak jakość ludzi. Mamy tu bardzo dobrze wykształconych zawodowców, a koszty związane z siłą roboczą są nadal niskie - wymieniał Ghosh.

Surojit Ghosh, dyrektor wykonawczy CSE BD Tax Leader, EY (fot. PTPW) Surojit Ghosh, dyrektor wykonawczy CSE BD Tax Leader, EY (fot. PTPW)

Wśród najbardziej atrakcyjnych dla przedsiębiorców wskazał sektor produkcyjny, a w ramach niego jako główne obszary wymienił motoryzację i części motoryzacyjne, logistykę, sprzedaż i marketing.

- Rozwijają się centra usług wspólnych, jest wiele obszarów, którymi inwestorzy dopiero się zainteresują. Codziennie powstają nowe zasady pisane przez innowatorów. Błogosławieństwem jest dobrze wykwalifikowana siła robocza. To czynnik, który będzie napędzał gospodarkę i zwiększał siłę tego regionu. Bardzo ważny będzie system start-upów - powiedział Ghosh.

Zwrócił też uwagę na konieczność budowania pozytywnego otoczenia dla rozwoju przedsiębiorczości.

- Świat ciągle się zmienia i osoby tworzące politykę powinny pamiętać, by tworzyć warunki, gdzie kapitał i inwestorzy będą chcieli wspierać dany system. Nie chcę powiedzieć, że sektor produkcyjny traci swój blask. Powinniśmy jednak tworzyć świat dedykowany temu, co dzieje się obecnie. Będą to innowacyjne start-upy. Musimy być przy tym ostrożni, bo konkurencja jest bardzo silna - podkreślał Ghosh.

Czytaj też: Polskie firmy stają przed szansą. Sztuczna inteligencja wciąż jednak budzi obawy

Jednym z zagadnień poruszanych podczas sesji była kwestia kosztów, a właściwie pytania, na ile decydują one o wyborze przez inwestorów danego miejsca czy kraju.

- Koszty zawsze działały na inwestorów jak magnez i trudno będzie od tego odejść. Lecz to kryterium maleje. W miarę rozwoju historycznego pojawiły się inne kryteria, które stymulowały rozwój inwestycji. To elementy związane z napływem ludności. Jest ich dużo, przede wszystkim jest to wykwalifikowana i wykształcona siła robocza. Przy czym ta dostępność zaczyna maleć, bo otworzył się rynek pracy w innych państwach - powiedział Marek Foryński, dyrektor zarządzający BTS Grup w Panattoni Europe.

Marek Foryński, dyrektor zarządzający BTS Grup w Panattoni Europe (fot. PTWP) Marek Foryński, dyrektor zarządzający BTS Grup w Panattoni Europe (fot. PTWP)

Kolejnym elementem, na który wskazał, jest położenie geograficzne, które uplasowało Polskę w takim miejscu, że jest atrakcyjna dla inwestycji.

- Posiadanie sąsiada tak mocnego jak Niemcy automatycznie powoduje napływ inwestycji ze względu na koszt siły roboczej. Silnym impulsem było wejście Polski do UE. Jest duża liczba firm, które lokując tu swoją działalność, muszą się czuć bezpiecznie. To, że Polska jest granicą UE, świadczy o jej sile. Oprócz kosztów ważne są ulgi podatkowe, myślenie, jak wspomóc inwestora, inwestycje, jak mu ulżyć w pewnym okresie - mówił Marek Foryński, dyrektor zarządzający Panattoni Europe.

Wśród innych czynników wpływających na atrakcyjność Polski i Europy Środkowo-Wschodniej wskazał rozwijającą się infrastrukturę.

- Tu można życzyć sobie więcej, bo inwestycje mogłyby być bardziej dynamiczne. Zwiększająca się efektywność pracy potęguje  wdrażanie tego, co jest skuteczne. Są jednak elementy, które działają w drugą stronę. To, co dzieje się w demografii działa na przekór rozwojowi. Eksportujemy siłę bardziej wykwalifikowaną, importujemy mniej wykwalifikowaną. Kolejny element to presja płacy, ten trend jest dość zauważalny i jest o nim coraz głośniej - mówił dyrektor zarządzający BTS Grup w Panattoni Europe.

Wśród czynników, które mogą zniechęcać inwestorów, wskazał „konfliktogenne” zmiany w prawie.
 - Tego typu zmiany nie działają dobrze na inwestorów, szczególnie instytucjonalnych. Oni zadają bardzo wiele pytań i mają wiele wątpliwości - powiedział Marek Foryński.

Jak przyznał Jarosław Oleszczuk, prezes AstraZeneca, innowacyjnej firmy biofarmaceutycznej, kluczowym czynnikiem decydującym o lokalizacji jego przedsiębiorstwa był kapitał ludzki.

- Decydując się na centrum badawczo-rozwojowe w Polsce, które jest odpowiedzialne za ponad 60 proc. badań wykonywanych przez AstraZeneca na świecie, kluczowy był element jakości ludzi. Polska jest wyjątkowym krajem, jeśli chodzi o osoby, które kończą studia technologiczne, naukowe. Mamy ok. 120 tys. absolwentów rocznie, co stawia nas w czołówce państw europejskich - mówił Oleszczuk.

Jarosław Oleszczuk, prezes AstraZeneca (fot. PTWP) Jarosław Oleszczuk, prezes AstraZeneca (fot. PTWP)

Firma, którą zarządza, zatrudniła w ostatnich latach ok. 1200 osób, z czego ponad 700 do centrum rozwojowego.

- To były osoby, które ukończyły studia, ale nie były przygotowane do pracy. My stworzyliśmy kadrę, która w tej branży jest wyspecjalizowana. Koszty już nie są głównym powodem, dlaczego zainwestowaliśmy w Polsce - najważniejsza była jakość pracowników, dostęp do absolwentów i otoczenie polityczno-społeczne - wymieniał Oleszczuk.

Czytaj też: Globalna firma farmaceutyczna postawiła na polskich naukowców

Jak zaznaczył, z punktu widzenia branż bardzo innowacyjnych, jak biotechnologiczna, biofarmaceutyczna, to co jest bardzo istotne, to stworzenie takich warunków, by tworzyć system start-upów w biotechnologii.

- Często dyskutuję ze stroną rządową na temat tego, jak spowodować, żeby firmy farmaceutyczne inwestowały większe pieniądze niekoniecznie w proces badań klinicznych, ale w te wczesne badania podstawowe. I jak idę do mojej centrali i mówię: „słuchajcie, przyjedźcie do Polski i popatrzcie na tę branżę biotechnologiczną, bo jest tutaj kilka ciekawych projektów”, pytają mnie wówczas: „ile możesz nam pokazać takich firm?”. Kiedy mówię „10 wam pokażę”, odpowiadają - „mamy w Cambridge 4 tys.”. I to jest to, o czym mówiłem. Ten ekosystem start-upów biotechnologicznych musi zaczynać się na uniwersytetach - od naukowców, którzy będą produkować świetną naukę. Musimy wyjść z tej mentalności, gdzie ważne są koszty i przejść do tej, gdzie ważne są wartości - podkreślił Oleszczuk.

Również Fabio Pommella, prezes zarządu Whirlpool, przyznał, że kiedyś to koszt był podstawowym czynnikiem, który decydował o lokalizacji inwestycji. - Dziś bazujemy na czymś innym - powiedział Pommella.  

- W Polsce mamy bardzo utalentowanych ludzi, wasze uczelnie dostarczają bardzo dobrze wykwalifikowanych pracowników. Nie bez znaczenia dla naszej produkcji jest lokalizacja geograficzna. Lokując naszą produkcję w centrum Europy, możemy wszystko dostarczać ciężarówkami, to dla nas bardzo korzystne - powiedział prezes zarządu Whirlpool.

Fabio Pommella, prezes zarządu Whirlpool (fot. PTWP) Fabio Pommella, prezes zarządu Whirlpool (fot. PTWP)

Mówił też o niepokojach, jakie towarzyszą zagranicznym inwestorom oraz czynnikach, które zniechęcają ich do lokowania swoich biznesów w Polsce.

- Zagraniczni inwestorzy czekają na decyzje polskiego rząd. Inwestorzy lubią przewidywalność. Dziś w Polsce jej nie ma, choćby jeśli chodzi o przyszłość energetyczną. Koszt energii w ciągu minionego roku wzrósł o 25-35 proc. To dla nas bardzo duży wzrost. Obecnie energia we Francji jest tańsza niż w Polsce. Chcielibyśmy znać przyszłość w tej kwestii, chcielibyśmy znać plany wobec zielonej energii, ważna jest też polityka podatkowa. Nikt nie lubi niespodzianek i trzeba ich unikać, jeśli chcemy, by inwestycje były stałe - mówił Pommella.

Wskazał też kwestię konkurencyjności i otwartości nie tylko na zagranicznych inwestorów, ale również na zagranicznych pracowników.

- Jeżeli Polska ma być miejscem, gdzie będą rozwijać się nowe inwestycje, musicie być bardziej otwarci na obcokrajowców, zaakceptować fakt, że będą tu pracować. Rząd chce, by Polacy pracujący za granicą wrócili do kraju, ale znam osoby, które lepiej czują się za granicą i nie chodzi tylko o pieniądze. Podatki, energia, siła robocza - to elementy, które świadczą o atrakcyjności danego kraju. Polska musi też zrobić coś, by zatrzymać studentów, którzy opuszczają uczelnie, bo to są bardzo dobrze wykwalifikowani ludzie - mówił prezes zarządu Whirlpool.

Czytaj też: Produkcja przemysłowa w Polsce. Są najnowsze dane

Barbara Piontek, zastępca prezesa i członek zarządu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej,  przyznała, że inwestycje zagraniczne przekładają się pozytywnie na gospodarkę, ale należy sobie zadać pytanie, co jest głównym celem ściągania tych inwestycji?

- To jest pytanie do świata biznesu, szczebla centralnego i do szczebla samorządowego. Jeżeli za cel postawimy sobie najlepsze technologie, które przełożą się na lokalnych pracodawców i producentów, wówczas uruchamiamy procesy wzrostu i rozwoju. To jest kluczowa rzecz, którą musimy mieć w optyce - podkreślała Piontek. 

Barbara Piontek, zastępca prezesa i członek zarządu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (fot. PTWP) Barbara Piontek, zastępca prezesa i członek zarządu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (fot. PTWP)

W swojej wypowiedzi odniosła się do ekonomicznego pojęcia „wysokie koszty niskich cen”.

- Dziś często po zakończonej transakcji dowiadujemy się, że cena zakupu terenu nie grała roli. Jeżeli przedsiębiorca chce inwestować, to nie robi tego dla ulg, dlatego, że jest tanio - on zwykle inwestuje dla regionu, dla budowania wartości, popytu. Te rozwiązania, którymi dziś dysponujemy, mają na celu dwie rzeczy. Pierwsza to odejście od kryteriów ilościowych, którymi kierowaliśmy się do tej pory, czyli kwota inwestowanego kapitału plus kwestie związane z zatrudnieniem. Druga - ściągnięcie do Polski wysoko chłonnego kapitału i my jako strefy to realizujemy - powiedziała Piątek.    

Zdaniem Dariusza Śliwowskiego, wiceprezesa zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu, inwestycje zawsze będą tam, gdzie będzie taniej albo gdzie jest mniejsza marża.

- O ile 15-20 lat temu mieliśmy możliwość zatrudniania dowolnego pracownika za dowolnie niskie pieniądze, to dzisiaj już tego nie ma. Jakie są konsekwencje? Albo inwestorzy będą szukali rozwiązań, jak realizować te same projekty inwestycyjne, które chcieli robić, przy zaangażowaniu mniejszej liczby ludzi, albo ta produkcja od nas odejdzie - powiedział Śliwowski.

Czytaj też: Branża automotive coraz bardziej innowacyjna. Co to oznacza dla pracowników?

Co jest potrzebne, żeby inwestorzy uznali, że Polska jest dobrym krajem do inwestowania? Zdaniem wiceprezesa ARP ustawa o „Polsce jako strefie inwestycji” wbrew pozorom nie będzie zachętą. 

- Ona ustawia nas dopiero na linii startu, na której od dawna zjednują się inne kraje regionu i świata. Pomoc publiczna jest wszędzie. Ta ustawa pomaga, ułatwia, w szczególności wspiera małych, średnich polskich przedsiębiorców, nie duże koncerny globalne. Ona ma służyć przede wszystkim uruchomieniu inwestycji przez polski kapitał - ten mniejszy, ale nie konkurencyjności Polski. Ona stawia nas na linii startu, na której znajdujemy się z naszymi sąsiadami ze Słowacji, Czech, Węgier, Niemiec - w szczególności landów wschodnich, ale także Francji. To pozwala nam wziąć udział w wyścigu, ale czy będziemy go w stanie wygrać - to już jest inna kwestia. Sama ustawa tego nie załatwi. Jest wiele innych czynników, które zadecydują, czy będziemy postrzegani jako miejsce dobre do inwestycji zagranicznych - mówił Śliwowski.

Dariusz Śliwowski, wiceprezesa zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu (fot. PTWP) Dariusz Śliwowski, wiceprezesa zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu (fot. PTWP)

Jak zaznaczył, ustawa jest tylko początkiem drogi. - Będziemy zdobywać inwestycje zagraniczne, jeżeli będziemy w sposób systematyczny i systemowy dbać o rozwój w kilku obszarach w Polsce - powiedział.

- To dostęp do sieci drogowej, kolejowej i lotniczej, ze szczególnym uwzględnieniem kolejowej. Kolej jest kluczowa, dlatego, że autostrada A4 pod Wrocławiem już się zatkała i włożenie tam kolejnych tysięcy tirów dziennie zabije nie tylko Dolny Śląsk, ale Polskę, bo to jest kręgosłup transportowy Polski. Wiele koncernów chce dostaw koleją, bo ślad CO2 jest mniejszy, co jest wpisane w strategię tych firm - powiedział Śliwowski.

Jako drugi obszar wskazał zagadnienia związane z energetyką. - Potrzebujemy stabilnej, najlepiej niskiej ceny energii, bo za chwilę będzie łatwiej hutę wybudować we Francji niż w Polsce, bo oni mają tani prąd z atomu - powiedział wiceprezes ARP. 

Kolejny obszar, który wymaga szczególnej troski, to demografia. - Brakuje nam ludzi, 2 mln utalentowanych ludzi wyjechało z Polski - w trybie pilnym, bardzo nieintuicyjnym. Zastąpili ich Ukraińcy, Białorusini i ludzie wielu innych nacji. Polska okazała się fajnym krajem do mieszkania, kulturowo otwartym, lecz to nie wystarczy. Z jednej strony mamy niskie bezrobocie, ale z drugiej duży odsetek społeczeństwa nieaktywnego zawodowo. To jest też kwestia, żeby uaktywnić te miliony ludzi, którzy dzisiaj z jakiegoś powodu nie chcą albo nie mogą pracować - mówił Śliwowski. 

Ostatnim, ale równie istotnym problemem, na który wskazał, a któremu muszą stawić czoła rządzący, jest kwestia gruntów pod inwestycje.  

- Wielu inwestorów podejmuje decyzje, licząc koszty, ale koszty to też czas. To dobrze, że są parki, które buduje Panattoni, ale zaczyna brakować gruntów na duże inwestycje, brakuje regulacji, które przyspieszą megainwestycje. Jestem fanem czegoś, co nazwano u nas strategicznymi parkami przemysłowymi, czyli dużych parków przemysłowych liczonych w sektach hektarów. Takich w Polsce nie ma, a te, które istnieją, są zapełnione i nie przyjmują nowych inwestycji, a takich potrzeba - powiedział Śliwowski.

Czytaj też: Główny ekonomista Orlenu: Potrzebujemy globalnej marki

Z jego opinią zgodził się Marek Foryński, dyrektor zarządzający BTS Grup Panattoni Europe. Jego zdaniem największym problemem, z jakim zmaga się polska gospodarka, jest infrastruktura.

- Jeżeli poważnie myślimy o tym, żeby przyciągać inwestorów, to musimy bardzo serio podejść do uzbrojenia terenów. Infrastruktura to za chwilę będzie strukturalny problem tego kraju - powiedział Foryński.

Dodał też, że jego zdaniem "dość niebezpieczny dla naszego państwa jest trend Industry 4.0".

- To model, który umożliwia relokację produkcji z powrotem do kraju macierzystego. W tej koncepcji bardzo mocny udział znajduje wszelkiego rodzaju automatyzacja produkcji, przez co koszt siły roboczej odgrywa mniejsze znaczenie. Jakkolwiek inwestycja, stworzenie takiej linii produkcyjnej, są kapitałochłonne, tak presja rządów narodowych jest i będzie bardzo duża. Ta presja będzie polegała na tym, że zamiast przenosić dany oddział czy daną produkcję do kraju, gdzie jest niższy koszt produkcji, wszyscy będą próbować dofinansowywać tego typu zabiegi po to, by zachować tę produkcję u siebie. To jest coś, co może jeszcze nie jest zauważalne, ale może mieć w niedługiej perspektywie duże znaczenie  - zaznaczył. 

Do jego obaw związanych z trendem Industry 4.0. odniosła się wiceprezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

- Idziemy tu w pewną skrajność. Z jednej strony boimy się tej automatyzacji i robotyzacji, bo przecież ona niszczy miejsca pracy. Natomiast nowoczesność wchodzi jak żywioł i albo ją zaprogramujemy i ona będzie wartością dodaną w procesach inwestycyjnych i rynku pracy - bo ten rynek automatyzacji i robotyzacji jest wysoko wykwalifikowany - albo pójdziemy w model „jest praca/nie ma pracy” i wtedy ta praca będzie przywilejem. Pytanie, czy my dzisiaj, jako region w Europie, będziemy w stanie na tej mapie automatyzacji zbudować taki klimat potencjału inwestycyjnego, który pozwoli nam uszczknąć z tego tortu przemysłu nie 4.0, ale 5.0, bo on będzie już za chwilę - powiedziała Piontek.



www.pulshr.pl | 09-07-2020 00:17:40