Fizjoterapeuci nie powiedzieli ostatniego słowa. Bez podwyżek jesienią uderzą ze zdwojoną siłą


Justyna Sobolak - 13 cze 2019 6:00


– Kończysz studia i nie masz praktycznie nic. Żeby móc wykonywać zawód, musisz robić kursy, a ich koszty idą w tysiące złotych. Na swoje zaciągnąłem kilka kredytów. Miałbym dobry samochód, mam kursy i 2 tys. zł na rękę, mniej niż dostają w dyskoncie – mówi portalowi PulsHR.pl fizjoterapeuta z kilkuletnim stażem.

Fizjoterapeuci mają dość. „Moim najważniejszym celem zawodowym jest dobro pacjenta i chciałabym się skupić na tej kwestii, a nie na dylemacie, jak za swoją pensję wyżywić rodzinę” – głosi treść pisma z prośbą o podwyżkę, które mogli podpisywać fizjoterapeuci i dostarczać do swoich pracodawców. To jeden z elementów rozpoczętego w maju protestu tej grupy zawodowej – na razie zawieszonego. Ale jeśli postulaty do września nie zostaną spełnione, fizjoterapeuci wrócą do protestów ze zdwojoną siłą.

 – Większość fizjoterapeutów w państwowej Służbie Zdrowia zarabia 1600-1800 zł na pełny etat. Nasza praca jest trudna (fizyczna i umysłowa) i obciążająca odpowiedzialnością za powrót naszych pacjentów. Sprzeciwiamy się nierównemu traktowaniu naszej grupy zawodowej w porównaniu z innymi pracownikami. Niektórzy z nich osiągają "kominy płacowe". W chwili obecnej nasza determinacja oraz upór zmusiła nas do działania, gdyż nie widzimy innej możliwości na poprawę statusu jako fizjoterapeuty w ochronie zdrowia - mówi Tomasz Dybek, przewodniczący zarządu krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii.

I dodaje: – Oczekujemy godnych, adekwatnych do naszej odpowiedzialnej i obciążającej pracy płac, byśmy mogli się kształcić, wyżywić nasze rodziny, nie byli zmuszeni pracować na kilka etatów oraz wyjeżdżać za granicę. Aktualnie fizjoterapeuci masowo emigrują za granicę, np. we Francji pracuje około 7 tysięcy fizjoterapeutów, których wykształciło państwo polskie.

Jak mówi, w gminach sąsiadujących z Czechami od pewnego czasu zauważalny jest problem "podbierania" polskim placówkom medycznym fizjoterapeutów, przez co brakuje w polskich gminach przygranicznych rąk do pracy.

- Polacy zwalniają się, bowiem w sąsiednich Czechach zarabiają co najmniej dwukrotnie więcej. Dzisiaj to ok. 4,5 tys. zł na rękę plus tygodniowe talony na dożywianie oraz bezpłatne kursy (realizowane na terenie Czech, np. PNF) - mówi.

Ultimatum pracodawcy

Z danych wynika, że zawód fizjoterapeuty wykonuje w Polsce 62 tys. osób.  Z tego 30 tysięcy pracuje na NFZ, a 20 tys. w placówkach państwowych. Aby jednak wykonywać swój zawód, fizjoterapeuci muszą się szkolić. To nie jest fanaberia. To obowiązek.

– Pracujemy z ludźmi, odpowiadamy za to, co robimy. Mój pracodawca pewnego dnia oznajmił, że będę rehabilitował dzieci. Odpowiedziałem, że nie mam doświadczenia, nie mam ukończonych szkoleń. „To ukończ” – usłyszałem w odpowiedzi – mówi jeden z fizjoterapeutów, prosząc o zachowanie anonimowości.

Pracodawca postawił ultimatum: albo praca z dziećmi, albo wypowiedzenie. – W małym mieście o pracę w zawodzie wcale nie jest tak łatwo. Zaciągnąłem kredyt i wybrałem się na kurs. Nie było mowy, żeby pracodawca dorzucił cokolwiek do szkolenia. Pierwszy etap, łącznie z noclegiem, bo kurs odbywał się w Krakowie, wyniósł mnie ponad 20 tys. zł. Później były kolejne kursy doszkalające. Łącznie na szkolenia wydałem już 35 tys. zł, a co będzie dalej? Nie wiadomo – mówi.

Jak twierdzi, być może w dużym mieście jest szansa, by kwoty wydane na kursy się zwróciły, w małym – jest to bardzo trudne.

– Zarabiam 2 tys. zł na rękę. Pracodawca, mimo posiadania przeze mnie nowych kwalifikacji, nie podniósł mi pensji. Przymierzam się do otwarcia prywatnego gabinetu, żeby do tej pensji dorobić. Co wcale nie jest proste. Dzieci na rehabilitację są kierowane przez lekarza rodzinnego do placówki, która ma kontrakt z NFZ. Rzadko kiedy rodzice chcą korzystać z płatnych usług. A za czynsz lokalu trzeba zapłacić, media też kosztują. Poza tym, to nie jest tak, jak u lekarza – 100 zł, 15-minutowa wizyta i dziękuję. Z dzieckiem trzeba ćwiczyć co najmniej godzinę. A ja za tę godzinę w moim mieście mogę policzyć maksymalnie 70 zł. Czy znajdę dzieci do rehabilitacji za taką cenę i czy moje dzieci będą mnie w ogóle widywały? Tego nie wiem – mówi z rezygnacją.

Zobacz też: Czy fizjoterapeuta musi posiadać polisę OC? Nowe prawo wchodzi w życie

Kilka tysięcy godzin szkoleniowych

Nie on jeden jest w takiej sytuacji. W mniejszych miastach fizjoterapia nie cieszy się powodzeniem. W większych zarobki są lepsze, łatwiej też prowadzić prywatny gabinet. Ale ciągle trzeba się liczyć z doskonaleniem zawodowym i część pieniędzy przeznaczać na kursy.

– Żeby formalnie uzyskać prawo wykonywania zawodu, nie trzeba mieć kursów, wystarczą studia magisterskie. Ale żeby efektywnie pracować z pacjentem, trzeba się szkolić. W fizjoterapii istnieje wiele obszarów i technik, z którymi pracuje się z pacjentem. Fizjoterapeuci zresztą bardzo chętnie się szkolą, wielu z nich ma za sobą nawet kilka tysięcy godzin szkoleniowych. Wiele szkoleń jest bardzo kosztownych i rozbudowanych, a koszty niektórych mogą sięgać kilkunastu tysięcy złotych – potwierdza Dominika Kowalczyk z Krajowej Izby Fizjoterapeutów (KIF).

Jak dodaje, zgodnie z prawem fizjoterapeuta szkoli się za własne pieniądze, w przeciwieństwie do innych zawodów medycznych (pielęgniarki i lekarze), które na ten cel dostają wsparcie z budżetu państwa. – Wielu pracodawców współfinansuje jednak szkolenia dla swoich pracowników, bo to leży w ich interesie: zyskują dobrze wyszkoloną kadrę. Jednak to dobrowolna decyzja każdego pracodawcy. KIF uruchomiła już pierwszy z bezpłatnych cykli szkoleniowych przeznaczonych dla fizjoterapeutów – mówi Dominika Kowalczyk.

Jak dodaje, koszt szkoleń stanowi bardzo duże obciążenie dla fizjoterapeutów. – Na niektóre szkolenia trzeba pracować kilka miesięcy nie jedząc, nie pijąc, nie mieszkając... – mówi.

1600 zł podwyżki

W maju fizjoterapeuci rozpoczęli protest. Pod hasłem „Maj bez fizjoterapeutów” fizjoterapeuci najpierw oddawali krew, a potem przystąpili to strajku włoskiego polegającego na skrupulatnym wykonywaniu obowiązków i edukowaniu pacjentów o znaczeniu fizjoterapii.

W połowie maja rozpoczęli wraz z diagnostami wysyłanie pism do dyrektorów placówek, w których są zatrudnieni, prosząc o podwyżkę wynagrodzeń. Była to odpowiedź na słowa ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, który powiedział, że dyrektorzy szpitali dostali dodatkowe 680 mln zł w związku ze wzrostem wyceny świadczeń i mogą te środki przeznaczyć na podwyżki dla grup, które ich nie dostały, m.in. dla diagnostów i fizjoterapeutów.

Fizjoterapeuci walczą przede wszystkim o godne płace. Domagają się 1600 zł brutto podwyżki. Wśród postulatów znalazły się także: bezpłatny dostęp do szkoleń doskonalących i specjalizacyjnych, adekwatne wyceny świadczeń, szybszy dostęp pacjenta do fizjoterapii.

Ze zdwojoną siłą

Dnia 29 maja fizjoterapeuci zawiesili protest głodowy. „Decyzją Komitetu Protestacyjnego zawieszamy dziś jeden z etapów akcji protestacyjnej fizjoterapeutów i diagnostów laboratoryjnych, czyli etap protestu głodowego” – napisał Ogólnopolski Związek Zawodowy Pracowników Fizjoterapii.

Poinformowano jednak, że fizjoterapeuci nie rezygnują ze sporów zbiorowych z dyrekcjami szpitali i tworzenia nowych organizacji związkowych.

„Przypominamy, że Ministerstwo Zdrowia obiecuje nam kolejny wzrost wycen niektórych świadczeń, monitorowanie podwyżek w poszczególnych placówkach oraz rozwój oferty szkoleniowej. Do września będziemy sprawdzać, czy rzeczywiście uda się nam zdobyć pieniądze, które zdaniem Ministerstwa i NFZ wpłynęły do naszych placówek. Przypominamy, że do mediacji z naszymi dyrektorami zaprosimy przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia”.

Poinformowano, że kredyt zaufania będzie niewielki i jeżeli do końca wakacji nie uda się osiągnąć spełnienia postulatów, fizjoterapeuci wrócą silniejsi i jeszcze bardziej zjednoczeni do protestów w bardziej zaostrzonej formie.



www.pulshr.pl | 13-08-2020 19:46:41