Zarabiają 1900 zł na rękę. Mają dość. Jeśli zastrajkują, stanie 500 plus


Katarzyna Domagała-Szymonek - 29 kwi 2019 6:00


O sytuacji pracowników społecznych, koniecznych zmianach i wiszącym w powietrzy strajku rozmawiamy z Pawłem Maczyńskim, przewodniczącym Polskiej Federacji Związkowej Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej.

Wstępny termin waszego strajku to przełom czerwca i lipca. Jak realne jest ryzyko opóźnień w wypłacaniu nowej wizytówki rządu, czyli 500 plus na pierwsze dziecko?

To realna groźba. Strajk oznacza przerwanie pracy. A konsekwencją tego będą perturbacje w dostępie do rożnych świadczeń i usług. Proszę jednak pamiętać, że strajk dotknie nie tylko osoby, które mają otrzymać 500 plus, ale wszystkich beneficjentów pomocy społecznej. To rodziny, które są objęte pomocą z uwagi na niepełnosprawność, podeszły wiek i samotność czy różne choroby. Tutaj upatrywałbym największego zagrożenia.

Pewnie rząd już analizuje jak ustawowo rozwiązać kwestię przyznawania 500 plus bez udziału pracowników pomocy społecznej. Nawiązuję tu do sytuacji w oświacie, gdzie niemal z dnia na dzień wprowadzono nowe przepisy umożliwiające przeprowadzenie egzaminów czy klasyfikację uczniów klas maturalnych. Natomiast nie wyobrażam sobie, by taka możliwość w formie ustawowego gaszenia pożaru powstała dla tego miliona rodzin, które korzystają z pomocy społecznej z uwagi na inne problemy, z jakimi się zmagają. Strajk mógłby bardzo poważnie zakłócić udzielaną im pomoc. Dla nas wszystkich byłby to bardzo trudny scenariusz.

O trudniej sytuacji w branży i potrzebie zmian pisaliśmy rok temu, dwa lata temu. Co się zmieniło?

Scenariusz działań protestacyjnych pisze Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Gdybyśmy we wrześniu ubiegłego roku siedli do opracowania kompromisu, pewnie dziś nie rozmawialibyśmy o strajku. Natomiast tak się nie stało.

fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej

Oczywiście o strajku formalnie decyduje związek zawodowy, ale robimy to na podstawie dialogu, jaki się odbywa z drugą stroną. Jeśli go nie ma, tak jak to ma miejsce w naszym przypadku, to pozostaje jedno wyjście. Odpowiedzialność za to ponosi resort rodziny, tym bardziej, że to on nadzoruje sprawy społeczne oraz odpowiada za prowadzenie dialogu społecznego.

Co przelało w was czarę goryczy?

Lekceważenie naszych postulatów i ewidentne przeciąganie w czasie podjęcia dialogu. Natomiast po drodze był też szereg punktów zapalnych, które zwiększyły w nas frustrację i niezadowolenie. Jednym z nich z pewnością jest obniżenie kosztów obsługi 500 plus, które w mniejszych miejscowościach spowoduje redukcję etatów albo obniżenie i tak już niskich wynagrodzeń. Innym punktem zapalnym jest też przedstawiona w projekcie nowelizacji ustawy o pomocy społecznej propozycja, która zmierza do tego, by w małych gminach minimalne zatrudnienie pracowników socjalnych ograniczyć z wymaganych obecnie trzech, do dwóch osób.

Takie pomysły jeszcze bardziej irytują nasze środowisko. Nie dość, że nie możemy doczekać się realizacji naszych postulatów, to jeszcze w tym samym czasie dokłada się nam obowiązków. Jak to się ma do problemów, jakie podnosimy, czyli obciążenia pracą i odchodzenia z zawodu?
Z waszych wyliczeń wynika, że dziś średnia pensja pracownika socjalnego wynosi 1902 zł na rękę.

Średnia pensja pracownika socjalnego wynosi 1902 zł na rękę. Jakich podwyżek oczekujecie?

Ostatnio „modna” jest kwota 1000 zł. Ale mówimy jasno, że dla nas ważna jest kwestia zmian systemowych, które skupiałyby się na trzech elementach. Dodatek terenowy dla pracowników socjalnych powinien być wyższy. Proponujemy, by jego wysokość była uzależniona od wynagrodzenia w gospodarce krajowej, to by oznaczało wzrost o około 250 zł.

Ponadto proponujemy, aby powiązać ścieżkę awansu zawodowego z wynagrodzeniem. W ten sposób będziemy mogli premiować osoby, które się dokształcają i dbają o swój rozwój zawodowy. Takie rozwiązanie dotychczas u nas nie funkcjonowało, a z powodzeniem sprawdza się w wielu innych zawodach, jak na przykład u kuratorów sądowych.

fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej

Kwestia trzecia, ważna w szczególności dla tych, którzy zarabiają minimalne wynagrodzenie, to podniesienie jego wysokości oraz zrównanie go z poziomem wynagrodzenia pracowników zatrudnionych w urzędach gmin. W ten sposób niwelowalibyśmy istniejące dziś różnice pomiędzy pracownikami samorządowymi. Takie dziś prawne różnicowanie przekłada się na mentalne dzielenie przez samorząd swoich jednostek na lepsze (urząd) i gorsze (pomoc społeczna). Zmiana w tym zakresie byłaby możliwa na szczeblu istniejącego rozporządzenia o wynagrodzeniu pracowników samorządowych.

Co do kosztów naszych finansowych postulatów, to gdybyśmy przyjęli tylko, że średnie wynagrodzenie pracowników pomocy społecznej wzrosłoby o 500 zł, dodalibyśmy do tego wspomniane dodatki, to dla budżetu państwa oznaczałoby to wydatek rzędu 300 mln zł. Mając na uwadze ostatni ogłoszone programy, nie jest to horrendalny koszt, który rozsadza budżet. Sami widzimy, że te środki w nim są. Zależy czy rząd będzie chciał przeznaczyć je na pracowników, którym powierza zadania.

Podwyżki w takiej wysokości nie spowodują, że przestaniecie wypłacać osobom korzystającym z pomocy świadczenia wyższe, niż wasze zarobki. Czy te kwoty spowodują, że chętnych do pracy w ośrodkach pomocy społecznej będzie więcej?

Nadal te kwoty nie będą wyższe, ale chodzi o to, żeby pracownicy uwierzyli też, że nie stoimy w miejscu, że jest szansa na poprawę. Nie wiem, czy znajdą się nowi chętni do pracy. Jeśli ktoś dostanie informację, że ma zarabiać powyżej dwóch tysięcy złotych na rękę przy tej odpowiedzialności i zagrożeniach, jakie wynikają z naszej pracy, pewnie nie będzie entuzjastycznie nastawiony.

Jednak dzisiaj głównym wyzwaniem jest utrzymanie pracowników, którzy już są, których coś jeszcze w tym zawodzie trzyma. Podejrzewam, że raczej nie jest to rozum, a bardziej serce do pomagania. Myślę sobie, że warto byłoby o nich zadbać. Dobry i konkretny gest w ich kierunku – wyższe zarobki i ułatwienie im wykonywania swoich obowiązków – mogłoby spowodować, że nie będziemy myśleli o zmianie branży. Zaproponowane przez nas zmiany to raczej walka o przetrwanie, niż walka o to, by pokazać, że praca w pomocy społecznej jest opłacalna, że daje wysokie zarobki i doskonałe perspektywy na rozwój. Proszę mieć świadomość, że zawody społeczne będą dla osób, które chcą zrobić coś dla innych. To nie oznacza, że mają to być zawody misyjne, że ma być to praca wyłącznie dla idei. Wtedy nazywajmy to wolontariatem, a nie pracą.

Na liście waszych postulatów znalazły się nie tylko podwyżki. Oczekujecie również zmian w sposobie funkcjonowania pomocy społecznej. Co w waszej pracy najbardziej kuleje?

To, że najczęściej zajmujemy się sprawami interwencyjnymi, doraźnymi i kontrolnymi. Kolejne zrzucane na nas zadania przez rząd wciskają nas w tryb pracy urzędniczej. Natomiast pracownicy socjalni, asystenci rodziny powinni odejść od biurek i pomagać swoim podopiecznym. Pracy biurokratycznej powinno być jak najmniej. Proponujemy konkretne zmiany legislacyjne, które umożliwiłyby nam efektywną pomoc. Oczywiście mówię o etapowym wprowadzaniu tych rozwiązań.

fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej

Proponujemy pakiet, który byłby bardziej nakierowany na profilaktykę, pomaganie, zaspokajanie potrzeb społecznych, a mniej na interwencję i kontrolę. Mówimy wprost, że projekt, który jest teraz procedowany w parlamencie i zakłada, że asystent rodziny monitoruje rodzinę trzy lata po zakończeniu współpracy, nie ma nic wspólnego z profesjonalnym pomaganiem. Przez to asystent będzie obciążany większą liczbą rodzin, które ma monitorować, zabraknie mu czasu na realną pomoc, tym rodzinom, z którymi aktualnie pracuje.

Zależy nam na tym, by rząd zauważył, że proponujemy zmiany na lepsze. Nie chodzi nam o kreatywną księgowość, którą teraz uprawiają. Najlepszy przykład to wspominana wcześniej zmiana wskaźników zatrudniania. Zamiast trzech pracowników wystarczy dwóch. Statystyki będą się zgadzać. Nie oczekujemy rozwiązań, które polegają na czarowaniu rzeczywistości i bazowaniu na statystykach, które nic nie wnoszą. Czekamy na konkrety.

Jesteście kolejna grupą zawodową, która planuje walczyć o swoje na ulicy. Skąd tak duża liczba protestów i strajków w ostatnich kilkunastu miesiącach?

To wynika z oszukiwania tych grup przez rząd. Praktycznie każda grupa zawodowa daje czas nowej ekipie rządowej na odnalezienie się po objęciu władzy. Potem jednak oczekuje rozpoczęcia konstruktywnych rozmów i w efekcie wypracowania rozwiązań, na co cierpliwie czekaliśmy także my, jednak bez rezultatu. Zamiast dialogu były puste rozmowy, podczas których rząd był głuchy na argumenty drugiej strony.

Ja nieraz sam uczestniczyłem w spotkaniach, które nie miały nic wspólnego z jakimkolwiek negocjowaniem czy ustalaniem i partnerskim traktowaniem strony związkowej. Zamiast dialogu, było przeciąganie w czasie. Spotkało to chyba wszystkie grupy, które były mamione zmianami jak np. rezydenci, aż w końcu powiedziały one dość. Stwierdziły, że nie mogą sobie pozwolić na dalsze ignorowanie.

Można więc powiedzieć, że to swoimi działaniami rząd skumulował wszystkie protesty w jednym czasie. Teraz rzuca oskarżenia, że są to protesty polityczne. Ale żaden protest taki nie jest. Jeżeli pracownik decyduje się na to, żeby za czas strajku nie otrzymywać i tak niskiego wynagrodzenia lub poświęcić swój czas i własne środki na przyjazd do Warszawy na manifestację, to oznacza, że jego determinacja jest duża i nie ma to nic wspólnego z polityką.

Dlaczego jednym grupom zawodowym udaje się dojść do porozumienia, niektóre nawet otrzymują od rządu więcej, niż chciały, a drugie nie mają na to szans?

To pytanie powinna pani zadać rządzącym. To oni ustalili pewien algorytm, według którego wybierają, jakim grupom społecznym czy branżom należy się przychylność. Nie znam tego algorytmu. Zapewne jest on powiązany z bieżącym interesem, jaki mają rządzący. Nie mogli sobie pozwolić, by tak ważnej z punktu widzenia bezpieczeństwa grupie zawodowej jak policjanci (mimo, że ci musieli użyć innego rozwiązania, niż strajk, bo strajkować nie mogą) powiedzieć, że nie spełnią ich postulatów.

Mam wrażenie, że te rządowe algorytmy budowane są ad hoc, bez większego przemyślenia i spojrzenia w przyszłość. Tworząc je rządzący zapominają o innej kwestii, rozwiązywaniu istotnych problemów społecznych. Istotnych, czyli nie tylko takich, które mają szerokie poparcie społeczne czy przyniosą wzrost słupków poparcia. Są pewne dziedziny – a pomoc społeczna jest jedną z nich – które pomimo tego, że reprezentowane są przez nieliczną grupę zawodową, w perspektywie wyborów czy kampanii wyborczych, nie przełożą się na istotny wzrost poparcia - to rozwiązują istotne i kluczowe problemy, z którymi mierzy się lub może zmierzyć niemal każdy obywatel.

fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej fot. Facebook/Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej

Jeśli sprowadzimy politykę i prowadzenie dialogu pracowniczego wyłącznie do tego, co władzy się opłaca, to w końcu także ta władza przegra. Taka walka Dawida z Goliatem budzi w obywatelach pewien niesmak. W dłuższej perspektywie nikt z takiej walki zwycięsko nie wychodzi. Nawet jeśli się wydaje rządzącym, że poradzili sobie z problemem, bo jakaś grupa zawodowa przerwie bez porozumienia swój protest, ma to swoje dalsze konsekwencje.

Przypominam sobie protesty pracownicze organizowane za poprzedniego rządu. Wszystkie trzy centrale związkowe szły przez Warszawę, manifestując problemy pracowników. Wydawałoby się, że na rządzących nie robiło to dużego wrażenia. Jednak przegrane wybory pokazały, że pamięć społeczna, niekoniecznie widoczna w bieżących sondażach, przy urnach wyborczych staje się jednak jak najbardziej realną siłą.

Jak pan myśli, gdzie w tym algorytmie znajdują się pracownicy pomocy społecznej?

Tego nie wiem. My i tak osiągnęliśmy już bardzo dużo. W takim sensie, że coraz głośniej jest o naszej pracy. Możemy przekazać społeczeństwu, że pracownicy pomocy społecznej nie zajmują się wyłącznie świadczeniem 500 plus. Mamy szansę powiedzieć o naszych zadaniach i bolączkach zawodowych. Możemy też dać jasny sygnał społeczeństwu, co się stanie jeśli posłuchamy wypowiedzi, w których nawołuje się nas byśmy, skoro płacą nam niewiele – zmienili pracę. U nas ten proces już się dzieje. Pracownicy odchodzą z zawodu. Pytanie, co się stanie, jeśli wszyscy posłuchają tego głosu. Kto będzie wtedy pomagał samotnym seniorom czy rodzinom w trudnej sytuacji życiowej, jakim społecznym kosztem będzie obarczone odejście tak wielu specjalistów?

Protest daje nam też możliwość pokazania, że mamy gotowy pomysł na to, jak poprawić naszą sytuację. Nie siedzimy cicho, więc rządzący nie mogą sobie odnotować, że ta grupa zawodowa jest bezproblematyczna. Stawiamy im pewne wymogi do spełnienia. Politycy nie po to zasiadają w sejmowych ławach, żeby przecinać wstęgi na autostradach. Mają rozwiązywać społeczne problemy, nie tylko te które zapewnią im następną kadencję. My pokazujemy im w tej chwili, że problem jest. Czekamy na rozwiązanie.



www.pulshr.pl | 14-10-2019 05:30:42