System dualny jako model edukacji zawodowej w Polsce istnieje, ale szkoły i urzędy nie są chętne do współpracy


Justyna Koc - 13 mar 2015 5:00


– Laboratoria i warsztaty nie nauczą fachu. Prawdziwe kwalifikacje można zdobyć tylko i wyłącznie w zakładzie pracy, a nie w sztucznych warunkach - mówi Michał Wójcik, dyrektor naczelny Izby Rzemieślniczej oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości w Katowicach.

Na rynku pracy brakuje wykwalifikowanych pracowników fizycznych. Czy ten problem dotyczy wyłącznie Polski?

Michał Wójcik, dyrektor naczelny Izby Rzemieślniczej oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości w Katowicach: – Brak wykwalifikowanych fachowców to nie tylko problem Polski. W wielu krajach są podejmowane różne działania dotyczące szkolnictwa zawodowego i jego promocji. Jest taka tendencja w Europie, by odchodzić od szkolnictwa zawodowego. Kilka tygodni temu byłem w Hamburgu i uczestniczyłem w konferencji, podczas której rozmawiano m.in. na temat kształcenia dualnego. Jeden z urzędników stwierdził, że należałoby odwrócić proporcje w szkolnictwie z korzyścią dla kształcenia ogólnego. Myślę, że byłby to błąd.

Do podobnej próby urzędniczego manipulowania doszło w Polsce w czasach rządów Jerzego Buzka. Prof. Mirosław Handke, ówczesny minister MEN, wraz ze swoimi ekspertami sygnalizował, że modne powinno być wykształcenie ogólne, a nie zawodowe.

Wtedy też zmieniono proporcje kształcenia – 80 proc. uczniów miało się edukować w systemie szkolnictwa ogólnego, a jedynie 20 proc. w szkołach zawodowych. Po wielu latach mamy tego efekty – drastyczny spadek liczby osób w poszczególnych zawodach, likwidacja wielu szkół zawodowych, a także niechęć urzędów do otwierania tego typu szkół.

Skąd ta niechęć?

– Urzędy niechętnie otwierają szkoły zawodowe, bo to najdroższy rodzaj systemu. Samorządy nie mają na to pieniędzy i nie chcą tego robić.

Opór jest również po stronie młodych. Jak wypromować szkolnictwo zawodowe?

– Promocja powinna być zrobiona na wzór Francji, w której została zorganizowana wielka narodowa kampania. Trzeba się jednak wystrzegać spotów, które nawet do mnie nie przemawiają. Młodym należy pokazać, że po szkole zawodowej można osiągnąć sukces, a droga edukacyjna się nie zamyka. Należy przedstawić im ludzi, którzy coś osiągnęli – mają zawód i dobrze prosperującą firmę.

Czym różni się system rzemieślniczy od szkolnego?

– Przede wszystkim u nas nie ma uczniów, ale są pracownicy młodociani, którzy podlegają przepisom Kodeksu pracy. Nie mają tyle wakacji jak w szkole. Do ich dyspozycji jest normalny urlop pracowniczy. Ponadto młody rzemieślnik ma nie tylko obowiązki, ale też przywileje. Jednym z nich jest umowa o pracę oraz wynagrodzenie, które pracownik młodociany otrzymuje przez 3 lata.

A jak dużo jest godzin praktycznych?

– Mniej więcej jest to w proporcjach 60 na 40. Wszystko jednak zależy od dyrektora szkoły. To on decyduje, ile godzin spędzi uczeń na praktykach.

Musi pan jednak przyznać, że nie zawsze fach w ręku wiąże się z pewną pracą.

– Tak, nie zawsze. To jednak weryfikuje rynek. Obecnie nie brakuje socjologów, politologów, historyków czy ludzi po zarządzaniu i marketingu. Brakuje za to hydraulików, zdunów oraz ludzi z branży budowlanej. Na rynku pracy nie ma również wielu dobrych dekarzy czy rzeźników-wędliniarzy.

Osoby, które kończą rzemieślniczą naukę zawodu i są weryfikowane przed izbową komisją egzaminacyjną, mają większe szanse na znalezienie pracy niż te po systemie szkolnym. Potwierdzają to badania wielu izb rzemieślniczych. Nasze szacunki pokazały, że ponad 94 proc. młodych ludzi, którzy szkolą się u nas, trafia na rynek pracy. To jest najlepsza rekomendacja dla tego systemu. Ponadto dyplom czeladnika upoważnia do tego, by wykonywać swój zawód także za granicą, np. w Niemczech, gdzie również jest spore zapotrzebowanie na zawody rzemieślnicze.

Niestety dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kształcić się w zawodach. Tę tendencję spadkową widać od wielu lat. Nie można tego tłumaczyć tylko niżem demograficznym. To efekt przede wszystkim zmiany mentalności.

Młodzi narzekają na poziom nauki w zawodówkach. Po ukończeniu szkoły nie są fachowcami.

– Dokładnie. Przykładem jest piekarnia „Kłos” z Katowic. Właściciele nie potrafią znaleźć pracowników. Dlaczego? Ponieważ nie szukają osób znających teorię, ale wykwalifikowanego pracownika, którego nie będą musieli uczyć zawodu. U nas wykształciło się kilkaset tysięcy ludzi. W skali całego kraju potwierdzenie kwalifikacji przed komisjami izb rzemieślniczych zdobyło kilka milionów osób.

Kiedyś mówiono, że licea profilowane to coś nowoczesnego, z czego powinniśmy brać przykład. Obecnie mówi się tak o centrach szkolenia praktycznego. To nie jest system dualny. Laboratoria i warsztaty nie nauczą fachu. Prawdziwe kwalifikacje można zdobyć tylko i wyłącznie w zakładzie pracy, a nie w sztucznych warunkach. O kimś, kto zbudował ścianę na warsztatach, nie można powiedzieć, że jest budowlańcem.

Młodzi nie chcą również pracować na przestarzałym sprzęcie. Jak wygląda sytuacja u państwa?

– Zdarzają się pracodawcy, których sprzęt nie jest z najwyższej półki. Jednak większość zakładów, do których trafiają nasi uczniowie, jest dobrze wyposażona. Przedsiębiorcy muszą inwestować w nowoczesne maszyny, bo inaczej nie byliby konkurencyjni i wypadliby z rynku. To jest jeden z atutów zdobywania doświadczenia u pracodawcy.

W infrastrukturę szkolną inwestuje się duże środki unijne. Warsztaty czy centra szkolenia praktycznego będą coraz lepiej wyposażane. Musimy jednak pamiętać, że fundusze unijne kiedyś się skończą i wtedy pojawi się się pytanie, co dalej? Skąd weźmie się pieniądze za 5 lat na nowy sprzęt? To jest pułapka, w którą eksperci pchają młodych ludzi.

Wielu ekspertów twierdzi, że powinno się postawić na system dualny, by uzupełnić lukę na rynku pracy.

- System dualny w Polsce istnieje. Jest to system, który stosują głównie rzemieślnicy. Jest on niemal identyczny jak ten, który funkcjonuje w Niemczech czy Austrii, gdzie bezrobocie wśród osób do 25. roku życia jest bardzo niskie. Niestety w Polsce wspiera się głównie system szkolny (nauka w warsztatach szkolnych), a ten u pracodawcy jest niedostrzegany i niedowartościowany.

Skoro system dualny w Polsce istnieje i ma się dobrze, dlaczego młodzi z niego nie korzystają?

– Największą przeszkodą jest to, że ludzie nie wiedzą o istnieniu takiego systemu. Zdecydowana większość uczniów i rodziców nie ma pojęcia, że można przez trzy lata uczyć się, jednocześnie pracując. Problem tkwi w gimnazjach. Dyrektor szkoły razem z doradcą powinien udzielać młodzieży informacji o tym, jakie drogi edukacyjne uczniowie mogą wybrać.

Owszem, są dyrektorzy, którzy pomagają ukierunkować młodzież. Widzą, że jedni uczniowie nadają się do ogólnego systemu, a inni do systemu zawodowego. Niestety często zdarza się, że dyrekcja nie pozwala pracodawcom nawet wywiesić plakatu na terenie szkoły. A przecież gimnazjum to najważniejsze miejsce. Tam profiluje się człowieka.

Doradcy nie udzielają tego rodzaju wskazówek?

– Od tygodnia nagłaśniamy naszą akcję „Jest konkret” w mediach. Żaden ze szkolnych doradców nie przyszedł do mnie, nie zadzwonił i nie napisał e-maila w tej sprawie. Tu tkwi sedno sprawy. Doradcy nie wiedzą nic na temat systemu rzemieślniczego, w związku z czym nie mogą pokazać młodym, że szkolnictwo zawodowe się opłaca.

Gimnazjalistom trzeba powiedzieć, że nie każdy musi być naukowcem, podobnie jak nie każdy może być hydraulikiem. Należy także podkreślać, że po szkole zawodowej można iść na studia, a jeśli ktoś nie chce podejmować dalszej nauki, może otworzyć firmę i dobrze zarabiać. My stoimy z boku i nie mamy na to wpływu. Niestety szkoły i urzędy nie są chętne do współpracy.

Urzędy również?

– Tak. Podam przykład sprzed kilku dni. Wysłałem pismo do sześciu urzędów miast z prośbą o przewiezienie uczniów na targi edukacyjne, które organizujemy. Odpisały tylko dwa, reszta nie była zainteresowana. To jest tragiczne.

Nawet powiatowe urzędy pracy niechętnie współpracują. Oczywiście one ingerują później, gdy ktoś jest bezrobotny czy zagrożony utratą pracy. Wydaje mi się jednak, że urzędy pracy powinny być zainteresowane udzieleniem pomocy przy organizacji takiej imprezy. Na razie przegrywamy z machiną urzędniczą.

Myśli pan, że targi przekonają młodych do nauki w zawodzie?

– Tak, jeśli nie opierają się tylko na rozdawaniu ulotek. My chcemy zrobić targi tak, jak się to robi na świecie. Interesuje nas, żeby była muzyka młodzieżowa, pokazy fryzjerskie i wizażu. Zależy nam na tym, żeby młodzi ludzie zobaczyli szkolnictwo rzemieślnicze od kuchni, przykładowo dowiadując się, jak robi się np. kiełbasę. Nie chcemy tylko wręczać młodemu człowiekowi kartki z zaproszeniem.

A jak wygląda zainteresowanie urzędów, jeśli chodzi o naukę dorosłych?

- Izba Rzemieślnicza w Katowicach zajmuje się przygotowaniem zawodowym dorosłych. Jesteśmy w stanie każdą dorosłą osobę wprowadzić na rynek pracy. Przykładowo w ciągu 7-12 miesięcy jesteśmy w stanie nauczyć zawodu absolwenta np. szkoły górniczej.

Urzędy pracy jednak niechętnie współpracują z nami ze względu na wysokie koszty. Wolą wysyłać bezrobotnych na krótkie formy szkoleniowe lub staże, po których ludzie wracają do urzędów pracy. Ktoś powinien przeprowadzić badania i sprawdzić, ile kosztuje bezrobocie i system zasiłkowy, a następnie porównać to z kosztami związanymi z nauką rzemiosła. Niestety nikt tego dotychczas nie zrobił.



www.pulshr.pl | 09-12-2019 03:03:20