Zarządy swoje, a pracownicy swoje. Czy można wygrać z plotką?

Dlaczego lepiej w przekazywaniu informacji – od firmowych biuletynów, zebrań, ogłoszeń, komunikatów na portalach pracowniczych – sprawdzają się luźne rozmowy w palarniach, szatniach czy stołówkach?
REKLAMA


Puls HR Puls HR

Zarządy swoje, a pracownicy swoje. Czy można wygrać z plotką?

PODZIEL SIĘ


Autor: Jolanta Miśków

19 lis 2013 9:30


Rozmowy między pracownikami są odarte z korporacyjnej nowomowy, którą są z kolei przesycone oficjalne kanały komunikacji z pracownikami. Jak sugeruje psycholog biznesu, dr Paweł Pawłowski, samo określanie plotek - bo przecież o nich mowa - jako nieformalnych kanałów komunikacji, już jest typowym korporacyjnym żargonem.

- Niestety, ale właśnie w ten sposób komunikują się z pracownikami zarządy. Czy na spotkaniach, czy poprzez wspomniane biuletyny pracownicze, portale, maile - mówi Paweł Pawłowski. - Nic dziwnego, że to, co przekazują załodze, jest traktowane z dużą nieufnością - dodaje.

Tymczasem wydawać by się mogło, że im bardziej rozwinięta technologia komunikacyjna w firmie, tym dla obiegu informacji lepiej. Czyżby?

- Niby informacje są na wyciągnięcie ręki, ale są mocno wyreżyserowane, wyglądają jak laurka. Nie dość, że pracownicy sami od siebie niechętnie po nie sięgają, to jeszcze nie ma mowy o tym, żeby udzielali jakichkolwiek informacji zwrotnych od siebie - wyjaśnia psycholog.

Więc niezależnie od tego, co komunikuje góra - na dole i tak rodzą się szeptane dyskusje w palarniach czy szatniach. Problemy te narastają proporcjonalnie wraz ze wzrostem ilości osób biorących udział w konwersacji.

Przykład? W LG Display jest ponad dwa tysiące pracowników biorących udział w komunikacji - w takiej sytuacji zarówno skuteczne mówienie jak i słuchanie wymaga nie lada wysiłku.

- My dowiedzieliśmy się np. od naszych pracowników, że nasza fabryka jest przenoszona do Rumunii - mówi Zbigniew Miedziński, dyrektor departamentu zarządzania zasobami ludzkimi w fabryce LG Display Poland, która wciąż - wbrew plotkom - produkuje w Biskupicach Podgórnych na Dolnym Śląsku i nigdzie się nie wybiera. Skąd zatem taki pomysł u pracowników?

- Wysłaliśmy dwóch bardzo dobrych menedżerów z naszego zakładu do fabryki w Rumunii, by pomogli naszym kolegom z innego kraju podreperować proces jakości. Tymczasem później doszły nas słuchy, że tak naprawdę ci menedżerowie pojechali do Rumunii, by przygotować fabrykę do przeniesienia - mówi Zbigniew Miedziński.

Problem nie polegał na tym, że załoga nie była poinformowana o powodzie wyjazdu wspomnianych dwóch menedżerów, a na tym, że jej część po prostu w to nie wierzyła, doszukiwała się drugiego dna albo uważała, że firma nie ma odwagi powiedzieć im prawdy.

CZYTAJ DALEJ »
Podobał się artykuł? Podziel się!

REKLAMA

Nie ma jeszcze komentarzy. Kliknij aby dodać komentarz.