Urzędy jak korporacje? Zbliżamy się do tego momentu

W administracji mają zapanować nowe zwyczaje. "Dziennik Gazeta Prawna" informuje, że ma być jak w firmie - urzędnicy szkoleni, motywowani, uprzejmi.
REKLAMA
Puls HR Puls HR

Urzędy jak korporacje? Zbliżamy się do tego momentu

PODZIEL SIĘ


Autor: przegląd prasy/Dziennik Gazeta Prawna

19 kwi 2013 11:15


Urzędnicy, podobnie jak „korpopracownicy", są regularnie oceniani. W arkuszu wewnętrznej oceny pracy jednego z biur urzędu miasta w Warszawie (poszczególne jednostki mają nieco inne formularze) w rubryce „Kryteria dodatkowe" oceniana jest m.in. kreatywność. A więc kultura korporacyjna do urzędów już dotarła. Różnie z tym jednak bywa, jeśli chodzi o realne działania - podkreśla dziennik.

- W naszym urzędzie wciąż jest przerost zatrudnienia, a praca jest praktycznie dożywotnia. Nigdy nie słyszałem, by kogokolwiek zwolniono. Najwyżej zdarzają się przesunięcia do innego departamentu - opowiada "DGP" Robert, który pracuje od 10 lat w jednym z urzędów marszałkowskich północnej Polski. Z tego powodu jako ktoś zarządzający ludźmi ma bardzo mało argumentów, by ich mobilizować do pracy.

Ciekawym zagadnieniem w administracji jest mianowanie. Tacy urzędnicy muszą zdać trudny egzamin, no chyba że są absolwentami Krajowej Szkoły Administracji Publicznej i zostają mianowani automatycznie.

Absolwentów KSAP można zaś porównać do „korporacyjnych spadochroniarzy", czyli oddelegowanych z zagranicznej centrali pracowników w polskich oddziałach. Zazwyczaj mają wysokie umiejętności i dostają od razu dużą władzę. W polskiej administracji zgadza się pierwsza część, ale już z realną władzą jest gorzej. Absolwent KSAP bywa traktowany jak piąte koło u wozu, jak ktoś, kto przyszedł z zewnątrz, ale od razu na stanowisko specjalisty, a nie zwykłego podinspektora. „Spadochroniarze" z korporacji po dwóch - trzech latach odlatują na kolejny cel, a urzędnicy zostają na miejscu.

"Dziennik Gazeta Prawna" pisze, że zmiany zachodzą w różnym tempie w zależności od instytucji. - Na poziomie samorządowym są miejsca, gdzie faktycznie urzędnicy prowadzą serwis usług dla ludności, z myślą o tym, by ułatwić jej życie. Widać to szczególnie tam, gdzie wójtowie czy prezydenci wybierani są bezpośrednio - stwierdza dla DGP Andrzej Sadowski, ekonomista z Centrum im. Adama Smitha, który znany jest z ostrej krytyki biurokracji.

Wydaje się, że korpokultura powoli dociera do urzędów w sferze zatrudniania. O ile urzędnicy Komisji Europejskiej są często zatrudniani na podstawie ogólnoeuropejskiego egzaminu, o tyle nad Wisłą takie rzeczy raczej się nie zdarzają. Choć tu też oficjalnie ogłaszany jest konkurs i wyznaczane są kryteria, to konkursy rozpisuje się pod konkretne osoby.

"DGP" zauważa, że szybciej lub wolniej zmierzamy, aby urzędy funkcjonowały jak sprawne korporacje i zwraca uwagę, że ten, kto choć raz użerał się z konsultantami telekomów, firm ubezpieczeniowych albo dostawców internetu, wie, że korporacje w obsłudze klienta także mają dużo do poprawy. Dystans między nimi a urzędami tylko pozornie jest duży.

Podobał się artykuł? Podziel się!

Nie ma jeszcze komentarzy. Kliknij aby dodać komentarz.

REKLAMA